Dzisiaj chciałabym rozważyć popularne w niektórych kręgach zagadnienie tzw. logiki wielowartościowej. Wbrew pozorom problem ten ma bowiem również, moim zdaniem, spory związek z błędami myślowymi i naszą zdolnością do poprawnego wnioskowania oraz takiego opisu rzeczywistości, jaki zwłaszcza w dalszej perspektywie nie będzie prowadził do niekoherencji, sprzeczności i paradoksów wykluczających możliwość rozumienia tejże, jak też siebie w świecie.
Najogólniej mówiąc, zwolennicy wspomnianego wyżej poglądu (zaliczał się do nich między innymi polski filozof i logik ze szkoły lwowsko-warszawskiej, Jan Łukasiewicz) kwestionują alternatywny charakter prawa wyłączonego środka i twierdzą, że oprócz prawdy i fałszu można wyróżnić także inne wartości logiczne, takie jak możliwość. Jeśli na przykład wygłaszam sąd typu "20 października 2016 roku będzie padał deszcz", to zdanie takie - z tego powodu, iż odnosi się do nieznanej nam aktualnie przyszłości - nie jest weryfikowalne empirycznie, nie możemy zatem powiedzieć, iż jest prawdziwe albo fałszywe. Jest ono właśnie możliwe (bo możliwe, że za rok o tej samej porze faktycznie będzie padało), z czego Łukasiewicz wyciągał wniosek iż jego wartość logiczna wynosi 1/2 (dla przypomnienia: wartość logiczna zdania fałszywego wynosi 0, zaś zdania prawdziwego 1).
Inaczej mówiąc, jest to po prostu półprawda, to znaczy taki stan rzeczy, jaki - jak chcą rzecznicy tego sposobu myślenia - może stać się prawdą w sprzyjających okolicznościach. Pytanie, co z takim fantem począć i czy takie kukułcze jajeczko wnosi faktycznie coś istotnego do podziału poczynionego ongiś przez Arystotelesa et alii i jest nam aby na pewno potrzebne do tego, aby trafnie rozumować?
Z tego, że coś jest możliwe i że może w przyszłości stać się prawdą nie wynika wcale, że w jakimkolwiek sensie tego słowa i w jakimkolwiek stopniu jest nią obecnie. Logicznie rzecz biorąc takie zdanie - opisujące ogólną możliwość czegoś tam - jest w tym samym stopniu prawdziwe, co fałszywe, a więc można powiedzieć, że jako półprawda-półfałsz, a więc byt wewnętrznie sprzeczny samo się poniekąd znosi i do niczego faktycznie istniejącego się nie odnosi. Gdyby jakiś logik chciał być w tym momencie konsekwentny, powinien raczej założyć, że taki sąd, który zakłada coś w rodzaju koniunkcji prawdy i fałszu jest po prostu fałszywy, bo, jak powszechnie wiadomo, prawda plus fałsz daje zawsze tylko fałsz, a nigdy prawdę jako efekt.
Pozwolę sobie tutaj na refleksję, że to zagadnienie posiada także wydźwięk, jeśli wolno tak powiedzieć, etyczny. Jak mawiała Ayn Rand, w każdej ugodzie między dobrem i złem jedynie zło może zyskać. Wchodząc w kompromisy, które rozmywają różnicę między prawdą i fałszem nie tylko popadamy w dziwaczną logiczną schizofrenię, ale zawieramy tak naprawdę swoisty pakt ze złem. Żądając od kogoś, aby myślał w takich półprawdziwych, półkłamliwych kategoriach narażamy siebie i innych na prawdziwe rozdwojenie osobowości (które wcale niekoniecznie musi okazać się dezintegracją pozytywną), a ponadto wyrządzamy tej osobie moralną krzywdę zbliżoną do tej, jaka jest udziałem kogoś, komu daje się sprzeczne wewnętrznie polecenia i od kogo żąda się sprzecznych wewnętrznie rzeczy.
To być może mało spektakularne i rozczaruje miłośników ezoterycznych wtajemniczeń i poszukiwaczy logicznych spisków, ale różnica między prawdą a fałszem ma charakter alternatywny, zerojedynkowy. Nie ma półprawd, ćwierćprawd, jednych dwudziestych prawdy i fałszów w jednej setnej - jest tylko cała prawda albo całe kłamstwo i tyle. Coś, co było prawdą, obecnie może, ale nie musi nią być, coś, co było kłamstwem jest obecnie prawdą albo kłamstwem, ale nie prawdą w jednej drugiej. Coś albo jest, albo tego nie ma - jeśli pomimo tego, że czegoś nie ma coś jest to znaczy, że jest to po prostu jakaś inna rzecz, inna sprawa, inny byt. Zaś to, co możliwe będzie prawdą w przyszłości, jeśli dojdzie do skutku i zaistnieje. Tylko tyle i aż tyle - uwierzcie jednak, że aby zrozumieć i opisać rzeczywistość, naprawdę nic więcej nie potrzeba.
poniedziałek, 19 października 2015
środa, 10 czerwca 2015
Po co dyskutujemy i prowadzimy spory?
Dzisiaj, po przerwie, chciałabym zastanowić się nad banalnym z pozoru pytaniem, po co właściwie dyskutujemy.
Jak się wydaje, odpowiedź na nie jest oczywista - większość z nas powie zapewne w tym momencie, że w dyskusji chodzi nam o przedstawienie i udowodnienie własnej racji. Jest to, przynajmniej częściowo, prawda, ponieważ faktycznie w sporach i we wszelkiego rodzaju dysputach chodzi również o to - po prostu o wygraną, o uzyskanie przewagi nad adwersarzem, użycie lepszych argumentów, przekonanie go za ich pomocą, że się myli co do przedmiotu rozmowy etc.
Wielu dyskutujących poprzestaje na tym właśnie etapie - wystarcza im to, że wygrywają i z chwilą kiedy tak się staje uważają, że cel został osiągnięty i spór tym samym wygasa. Jak dowodzi jednak choćby tylko pobieżna lektura "Erystyki" Schopenhauera, taka postawa w rzeczywistości ma niewiele wspólnego z podejściem naprawdę filozoficznym do tego, o czym rozmawiamy.
W dyskusji - a w każdym razie w dialogu prowadzonym przez filozofów - chodzi bowiem także o słuszność, czyli, inaczej mówiąc, o ustalenie, kto faktycznie ma rację, jaka jest obiektywna prawda na dany temat. Spór, w którym dyskutujący nie dążą do jej ustalenia i nie argumentują ze szczerą intencją jej znalezienia lub możliwie największego przybliżenia się do niej nie ma większej wartości poznawczej, sprowadza się de facto do czystej erystyki, a filozoficznie rzecz biorąc ma charakter wyłącznie formalny i metafilozoficzny. Słowem, jest to co najwyżej rodzaj słownej gry, w której, tak jak na przykład w tzw. debacie z odwróceniem tez adwersarze mogą ćwiczyć swoją zdolność polemizowania i znajdowania trafnych argumentów.
Inaczej mówiąc, w każdej rzetelnej dyskusji, w nauce, w komunikacji osób w społeczeństwie, obywateli w państwie chodzi zasadniczo i przede wszystkim właśnie o prawdę i o związek tego, o czym mówimy z rzeczywistością. Pisałam już o tym kiedyś w niniejszym blogu, w nieco innym kontekście: http://www.coachingzsokratesem.blogspot.com/2013/11/bedy-w-rozumowaniu-o-wartosci-prawdy-w.html
Temat jest jednak ważny, dlatego postanowiłam poruszyć go raz jeszcze.
Ludzie są w stanie porozumieć się dopiero wtedy, kiedy zaczynają dostrzegać wspomnianą wyżej zależność komunikacji i obiektywnego świata, do którego odnosi się język i wypowiedź, kiedy w dialogu nie dążą do tego, aby narzucić swoje zdanie innym, wymusić na nich autorytet za wszelką cenę czy w dowolny inny sposób ich zdominować, lecz racjonalnie argumentują na rzecz poglądu, który po prostu uważają za prawdziwy. Jest to bardzo ważna rzecz, którą często tracą z oczu zacietrzewieni uczestnicy sporów, chociażby takich, z jakimi mamy do czynienia w mediach, a bez jakiej nie osiągnie się żadnego porozumienia w żadnej ważnej sprawie.
Jak mawiają Anglicy, honesty is the best policy, uczciwość jest najlepszą polityką - kiedy zatem przystępujesz do sporu, nie zakładaj masek, pozostań sobą. To właśnie ta strategia - wierność sobie, swoim poglądom i prawdzie - czyni nas wiarygodnymi i przekonującymi dla innych i na dłuższą metę opłaca się zawsze najbardziej.
Jak się wydaje, odpowiedź na nie jest oczywista - większość z nas powie zapewne w tym momencie, że w dyskusji chodzi nam o przedstawienie i udowodnienie własnej racji. Jest to, przynajmniej częściowo, prawda, ponieważ faktycznie w sporach i we wszelkiego rodzaju dysputach chodzi również o to - po prostu o wygraną, o uzyskanie przewagi nad adwersarzem, użycie lepszych argumentów, przekonanie go za ich pomocą, że się myli co do przedmiotu rozmowy etc.
Wielu dyskutujących poprzestaje na tym właśnie etapie - wystarcza im to, że wygrywają i z chwilą kiedy tak się staje uważają, że cel został osiągnięty i spór tym samym wygasa. Jak dowodzi jednak choćby tylko pobieżna lektura "Erystyki" Schopenhauera, taka postawa w rzeczywistości ma niewiele wspólnego z podejściem naprawdę filozoficznym do tego, o czym rozmawiamy.
W dyskusji - a w każdym razie w dialogu prowadzonym przez filozofów - chodzi bowiem także o słuszność, czyli, inaczej mówiąc, o ustalenie, kto faktycznie ma rację, jaka jest obiektywna prawda na dany temat. Spór, w którym dyskutujący nie dążą do jej ustalenia i nie argumentują ze szczerą intencją jej znalezienia lub możliwie największego przybliżenia się do niej nie ma większej wartości poznawczej, sprowadza się de facto do czystej erystyki, a filozoficznie rzecz biorąc ma charakter wyłącznie formalny i metafilozoficzny. Słowem, jest to co najwyżej rodzaj słownej gry, w której, tak jak na przykład w tzw. debacie z odwróceniem tez adwersarze mogą ćwiczyć swoją zdolność polemizowania i znajdowania trafnych argumentów.
Inaczej mówiąc, w każdej rzetelnej dyskusji, w nauce, w komunikacji osób w społeczeństwie, obywateli w państwie chodzi zasadniczo i przede wszystkim właśnie o prawdę i o związek tego, o czym mówimy z rzeczywistością. Pisałam już o tym kiedyś w niniejszym blogu, w nieco innym kontekście: http://www.coachingzsokratesem.blogspot.com/2013/11/bedy-w-rozumowaniu-o-wartosci-prawdy-w.html
Temat jest jednak ważny, dlatego postanowiłam poruszyć go raz jeszcze.
Ludzie są w stanie porozumieć się dopiero wtedy, kiedy zaczynają dostrzegać wspomnianą wyżej zależność komunikacji i obiektywnego świata, do którego odnosi się język i wypowiedź, kiedy w dialogu nie dążą do tego, aby narzucić swoje zdanie innym, wymusić na nich autorytet za wszelką cenę czy w dowolny inny sposób ich zdominować, lecz racjonalnie argumentują na rzecz poglądu, który po prostu uważają za prawdziwy. Jest to bardzo ważna rzecz, którą często tracą z oczu zacietrzewieni uczestnicy sporów, chociażby takich, z jakimi mamy do czynienia w mediach, a bez jakiej nie osiągnie się żadnego porozumienia w żadnej ważnej sprawie.
Jak mawiają Anglicy, honesty is the best policy, uczciwość jest najlepszą polityką - kiedy zatem przystępujesz do sporu, nie zakładaj masek, pozostań sobą. To właśnie ta strategia - wierność sobie, swoim poglądom i prawdzie - czyni nas wiarygodnymi i przekonującymi dla innych i na dłuższą metę opłaca się zawsze najbardziej.
wtorek, 27 stycznia 2015
O myśleniu całościami znaczeniowymi i narracyjnymi
Dzisiaj, po przerwie, chciałabym wrócić do obiecanego wątku poświęconego myśleniu całościami znaczeniowymi i narracyjnymi. Jest to taki rodzaj błędu, który popełniamy znacznie częściej niż nam się wydaje, a co najważniejsze robimy to zazwyczaj mimowolnie, to znaczy nie zdając sobie niekiedy w ogóle sprawy z tego, że nasze rozumowanie dotyczące jakiejś sprawy jest nie do końca logiczne i może nie mieć wiele wspólnego z rzeczywistością, do jakiej z założenia ma się odnosić.
Ten typ błędu jest trochę podobny do posługiwania się rozmaitymi stereotypami i uproszczeniami, z tą różnicą, iż tutaj mamy do czynienia z uproszczeniem szczególnego typu, to znaczy takim, jaki określone fakty albo dane, które ma wyjaśnić włącza od razu w jakąś większą znaczeniową całość, nieraz bardzo dalece wykraczającą poza nie - w jakąś opowieść, narrację, gotowy egzystencjalny scenariusz etc.
Weźmy chociażby następujący przykład - pozwólcie, że będzie on trochę feministyczny. Powiedzmy, że mówimy o młodej i ładnej kobiecie - popularny stereotyp wielu ludziom (nie twierdzę wcale, że wszystkim, są tacy, którzy tak nie pomyślą) każe od razu podświadomie zakładać, że skoro jest młoda i ładna, jest też pewnie głupia - jest to zapewne tak zwana pusta lala, która myśli tylko o ciuchach i kosmetykach i generalnie ma pstro w głowie. Istnieją też uprzedzenia pozytywne, które funkcjonują na zasadzie tzw. efektu aureoli - w zależności od swoich własnych doświadczeń, preferencji oraz usposobienia ktoś może zakładać, że kobieta ta jest równie dobra co piękna, niezdolna do przemocy i w ogóle jest aniołem, a nie człowiekiem etc.
Stereotyp ogranicza się po prostu do ogólnikowego stwierdzenia typu "piękna-głupia" albo "piękna-a więc dobra" i tyle. Jest to uproszczenie myślowe, bo rzeczywista, konkretna osoba, o której coś takiego orzekamy może być zupełnie inna i dużo bardziej skomplikowana niż głoszą takie powierzchowne, często krzywdzące hasła (może, dajmy na to, lubić kosmetyki i ładne ubrania, ale jednocześnie być dobra i wyrozumiała albo być dobra, ale jednocześnie mieć skłonność do zachowań gwałtownych czy stanowczych, sprzecznych z popularnym wyobrażeniem o kobietach jako czysto pasywnych ofiarach męskiej agresji etc.) - niemniej ma ono charakter, jeśli wolno tak powiedzieć, cząstkowy, ogranicza się do jakiegoś jednego epitetu, cechy i na tym poprzestaje.
Myślenie całościami znaczeniowymi polega na czymś nieco innym. Ktoś, kto posługuje się nim umieszcza od razu osoby czy sprawy, o jakich mówi w bardzo szerokim i niekiedy bardzo odległym od nich kontekście, rozumiejąc i interpretując ich sens przez pryzmat całej masy założeń zaczerpniętych nie z empirii i z tego, co faktycznie wie o owych rzeczach, lecz na przykład z podzielanego przez członków grupy, do jakiej należy światopoglądu albo systemu wartości.
Inaczej mówiąc, dla kogoś takiego te osoby albo rzeczy nie są odrębnymi bytami, lecz funkcjonują zawsze jako element jakiejś większej, rozleglejszej całości. Zgodnie z tą logiką mówienie o kobiecie i zrozumienie tego, co ona robi czy głosi nie ma wartości autonomicznej i nie jest właściwie możliwe bez odniesienia do jakiegoś mężczyzny, który - jak się zakłada - na pewno musi być w jej życiu. Tak samo jest w innych przypadkach - różne fakty, jakie logicznie rzecz biorąc wcale niekoniecznie mają ze sobą coś wspólnego, myślenie takie na siłę kojarzy ze sobą, każąc postrzegać je jako wynikające z siebie elementy jednej opowieści, idee, czyny albo wypowiedzi włącza od razu do różnych będących aktualnie w obiegu narracji, nie starając się nawet zrozumieć, co tak naprawdę ich autor lub autorka chcieli przekazać etc.
Taki typ racjonalizacji zjawisk jest nie tylko podejrzany logicznie. Stosowany na szerszą skalę prowadzi też do rażących nieraz uproszczeń i sprawia, że przestajemy rozumieć w ogóle świat, jaki nas otacza, tworząc sobie pseudorzeczywistość nadbudowaną nad tym, co faktycznie ma miejsce, a w dalszej perspektywie nie jesteśmy zdolni do tego, aby radzić sobie z realnymi problemami, jakie są jego częścią. Dlatego właśnie - choć to trudne, bo wszyscy lubimy piękne historie, w których wszystko pasuje do siebie jak w układance, zwłaszcza jeśli w dodatku mają happy end - niekiedy bezpieczniej jest po sokratejsku założyć, że niewiele na jakiś temat wiemy, niż brnąć w kuszące, lecz zmitologizowane wyobrażenia o różnych sprawach, które z prawdą mogą mieć tyle wspólnego, co i nic. Wymaga to może większej dozy krytycyzmu i pewnej samodyscypliny myślowej, lecz na dłuższą metę jest to jedyna strategia, która pozwoli nam właściwie rozumieć rzeczywistość i to, co faktycznie się w niej dzieje.
Ten typ błędu jest trochę podobny do posługiwania się rozmaitymi stereotypami i uproszczeniami, z tą różnicą, iż tutaj mamy do czynienia z uproszczeniem szczególnego typu, to znaczy takim, jaki określone fakty albo dane, które ma wyjaśnić włącza od razu w jakąś większą znaczeniową całość, nieraz bardzo dalece wykraczającą poza nie - w jakąś opowieść, narrację, gotowy egzystencjalny scenariusz etc.
Weźmy chociażby następujący przykład - pozwólcie, że będzie on trochę feministyczny. Powiedzmy, że mówimy o młodej i ładnej kobiecie - popularny stereotyp wielu ludziom (nie twierdzę wcale, że wszystkim, są tacy, którzy tak nie pomyślą) każe od razu podświadomie zakładać, że skoro jest młoda i ładna, jest też pewnie głupia - jest to zapewne tak zwana pusta lala, która myśli tylko o ciuchach i kosmetykach i generalnie ma pstro w głowie. Istnieją też uprzedzenia pozytywne, które funkcjonują na zasadzie tzw. efektu aureoli - w zależności od swoich własnych doświadczeń, preferencji oraz usposobienia ktoś może zakładać, że kobieta ta jest równie dobra co piękna, niezdolna do przemocy i w ogóle jest aniołem, a nie człowiekiem etc.
Stereotyp ogranicza się po prostu do ogólnikowego stwierdzenia typu "piękna-głupia" albo "piękna-a więc dobra" i tyle. Jest to uproszczenie myślowe, bo rzeczywista, konkretna osoba, o której coś takiego orzekamy może być zupełnie inna i dużo bardziej skomplikowana niż głoszą takie powierzchowne, często krzywdzące hasła (może, dajmy na to, lubić kosmetyki i ładne ubrania, ale jednocześnie być dobra i wyrozumiała albo być dobra, ale jednocześnie mieć skłonność do zachowań gwałtownych czy stanowczych, sprzecznych z popularnym wyobrażeniem o kobietach jako czysto pasywnych ofiarach męskiej agresji etc.) - niemniej ma ono charakter, jeśli wolno tak powiedzieć, cząstkowy, ogranicza się do jakiegoś jednego epitetu, cechy i na tym poprzestaje.
Myślenie całościami znaczeniowymi polega na czymś nieco innym. Ktoś, kto posługuje się nim umieszcza od razu osoby czy sprawy, o jakich mówi w bardzo szerokim i niekiedy bardzo odległym od nich kontekście, rozumiejąc i interpretując ich sens przez pryzmat całej masy założeń zaczerpniętych nie z empirii i z tego, co faktycznie wie o owych rzeczach, lecz na przykład z podzielanego przez członków grupy, do jakiej należy światopoglądu albo systemu wartości.
Inaczej mówiąc, dla kogoś takiego te osoby albo rzeczy nie są odrębnymi bytami, lecz funkcjonują zawsze jako element jakiejś większej, rozleglejszej całości. Zgodnie z tą logiką mówienie o kobiecie i zrozumienie tego, co ona robi czy głosi nie ma wartości autonomicznej i nie jest właściwie możliwe bez odniesienia do jakiegoś mężczyzny, który - jak się zakłada - na pewno musi być w jej życiu. Tak samo jest w innych przypadkach - różne fakty, jakie logicznie rzecz biorąc wcale niekoniecznie mają ze sobą coś wspólnego, myślenie takie na siłę kojarzy ze sobą, każąc postrzegać je jako wynikające z siebie elementy jednej opowieści, idee, czyny albo wypowiedzi włącza od razu do różnych będących aktualnie w obiegu narracji, nie starając się nawet zrozumieć, co tak naprawdę ich autor lub autorka chcieli przekazać etc.
Taki typ racjonalizacji zjawisk jest nie tylko podejrzany logicznie. Stosowany na szerszą skalę prowadzi też do rażących nieraz uproszczeń i sprawia, że przestajemy rozumieć w ogóle świat, jaki nas otacza, tworząc sobie pseudorzeczywistość nadbudowaną nad tym, co faktycznie ma miejsce, a w dalszej perspektywie nie jesteśmy zdolni do tego, aby radzić sobie z realnymi problemami, jakie są jego częścią. Dlatego właśnie - choć to trudne, bo wszyscy lubimy piękne historie, w których wszystko pasuje do siebie jak w układance, zwłaszcza jeśli w dodatku mają happy end - niekiedy bezpieczniej jest po sokratejsku założyć, że niewiele na jakiś temat wiemy, niż brnąć w kuszące, lecz zmitologizowane wyobrażenia o różnych sprawach, które z prawdą mogą mieć tyle wspólnego, co i nic. Wymaga to może większej dozy krytycyzmu i pewnej samodyscypliny myślowej, lecz na dłuższą metę jest to jedyna strategia, która pozwoli nam właściwie rozumieć rzeczywistość i to, co faktycznie się w niej dzieje.
środa, 22 października 2014
Porażka rozumu, czyli o sytuacjach, kiedy racjonalne argumenty do niczego się nam nie przydadzą
W poprzednim wpisie obiecałam, że tym razem będzie o myśleniu całościami znaczeniowymi i narracyjnymi. Z różnych względów postanowiłam jednak ostatecznie, że ten temat podejmę nieco później - a dzisiaj chciałabym zaproponować inny wątek, także mający związek - i to wcale niebłahy! - ze sztuką argumentacji.
Do tej pory mówiliśmy tutaj głównie o błędach myślowych i nielogicznych lub pozornie logicznych rozumowaniach prowadzonych jednakże zasadniczo przez tych, którym w gruncie rzeczy zależy na zachowaniu zdolności logicznego myślenia i którzy - nawet jeśli popełniają błędy - generalnie akceptują zasady racjonalnego dyskursu i komunikacji opartej na prawdzie oraz rozumie. Nawet jeżeli czasami - a zdarza się to w końcu każdemu z nas, choć nie zawsze chcemy się do tego przyznać! - kierują się oni na przykład emocjami czy wyobraźnią, myślą życzeniowo zamiast ograniczać się do tego, co faktycznie o jakiejś sprawie wiedzą, mieszają to, co się naprawdę wydarzyło z własnymi interpretacjami etc., zasadniczo nie kwestionują tego, że istnieje jakaś intersubiektywna rzeczywistość poza słowami i że w mówieniu i ogólnie komunikowaniu się chodzi także o to, aby nasze słowa i wypowiedzi pozostawały z nią we w miarę bliskim lub przynajmniej jakimkolwiek rzeczywistym (a nie pozornym) związku.
Niekiedy zdarza się jednak, że ktoś - jedna ze stron dyskursu, na przykład jeden z adwersarzy - w ogóle odmawia myślenia racjonalnego, kwestionując tym samym podstawy, jakie stanowią warunek sine qua non dyskutowania czy prowadzenia sporu. W takich sytuacjach logiczne myślenie na niewiele nam się przyda, bo smutna prawda jest taka, że niezależnie od tego, ile racji mamy, a nawet od tego, jak dobrymi argumentami dysponujemy i tak nie mamy szans wygrać na tej bazie, ponieważ przeciwnik w ogóle nie odwołuje się do logiki i nie o słuszność czy jej ustalenie bynajmniej mu chodzi. Inaczej mówiąc, tutaj nie decyduje siła argumentów, tylko argument siły, a strony nie dogadają się, bo posługują się de facto dwoma najzupełniej różnymi językami i stawiają sobie wykluczające się wzajemnie cele.
Są to takie momenty, kiedy rozum kapituluje, bo dyskutanci (a w każdym razie przynajmniej jeden z dyskutujących) dobrowolnie rezygnują z posługiwania się nim. Musicie pamiętać, że taki spór prowadzi donikąd, zakończy się w ślepym zaułku i nie ma szans na pozytywne rozstrzygnięcie, ponieważ wola tych, którzy go prowadzą nie ma nic wspólnego z logiką, słuchaniem racji drugiej strony i dążeniem do znalezienia jakiegoś konstruktywnego rozwiązania.
Jest to skrajny, graniczny przypadek nielogiczności, kiedy rozum przekształca się w swoje przeciwieństwo, a w efekcie dyskurs staje się tak naprawdę niemożliwy, bo zakwestionowane zostają w ten sposób same podstawy racjonalności, bez której nie zaistnieje żaden dialog.
To tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, że następnym razem już bez przeszkód wrócimy do zapowiedzianego wcześniej myślenia całościami znaczeniowymi.
Do tej pory mówiliśmy tutaj głównie o błędach myślowych i nielogicznych lub pozornie logicznych rozumowaniach prowadzonych jednakże zasadniczo przez tych, którym w gruncie rzeczy zależy na zachowaniu zdolności logicznego myślenia i którzy - nawet jeśli popełniają błędy - generalnie akceptują zasady racjonalnego dyskursu i komunikacji opartej na prawdzie oraz rozumie. Nawet jeżeli czasami - a zdarza się to w końcu każdemu z nas, choć nie zawsze chcemy się do tego przyznać! - kierują się oni na przykład emocjami czy wyobraźnią, myślą życzeniowo zamiast ograniczać się do tego, co faktycznie o jakiejś sprawie wiedzą, mieszają to, co się naprawdę wydarzyło z własnymi interpretacjami etc., zasadniczo nie kwestionują tego, że istnieje jakaś intersubiektywna rzeczywistość poza słowami i że w mówieniu i ogólnie komunikowaniu się chodzi także o to, aby nasze słowa i wypowiedzi pozostawały z nią we w miarę bliskim lub przynajmniej jakimkolwiek rzeczywistym (a nie pozornym) związku.
Niekiedy zdarza się jednak, że ktoś - jedna ze stron dyskursu, na przykład jeden z adwersarzy - w ogóle odmawia myślenia racjonalnego, kwestionując tym samym podstawy, jakie stanowią warunek sine qua non dyskutowania czy prowadzenia sporu. W takich sytuacjach logiczne myślenie na niewiele nam się przyda, bo smutna prawda jest taka, że niezależnie od tego, ile racji mamy, a nawet od tego, jak dobrymi argumentami dysponujemy i tak nie mamy szans wygrać na tej bazie, ponieważ przeciwnik w ogóle nie odwołuje się do logiki i nie o słuszność czy jej ustalenie bynajmniej mu chodzi. Inaczej mówiąc, tutaj nie decyduje siła argumentów, tylko argument siły, a strony nie dogadają się, bo posługują się de facto dwoma najzupełniej różnymi językami i stawiają sobie wykluczające się wzajemnie cele.
Są to takie momenty, kiedy rozum kapituluje, bo dyskutanci (a w każdym razie przynajmniej jeden z dyskutujących) dobrowolnie rezygnują z posługiwania się nim. Musicie pamiętać, że taki spór prowadzi donikąd, zakończy się w ślepym zaułku i nie ma szans na pozytywne rozstrzygnięcie, ponieważ wola tych, którzy go prowadzą nie ma nic wspólnego z logiką, słuchaniem racji drugiej strony i dążeniem do znalezienia jakiegoś konstruktywnego rozwiązania.
Jest to skrajny, graniczny przypadek nielogiczności, kiedy rozum przekształca się w swoje przeciwieństwo, a w efekcie dyskurs staje się tak naprawdę niemożliwy, bo zakwestionowane zostają w ten sposób same podstawy racjonalności, bez której nie zaistnieje żaden dialog.
To tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, że następnym razem już bez przeszkód wrócimy do zapowiedzianego wcześniej myślenia całościami znaczeniowymi.
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
O nadinterpretacjach i nadznaczeniu jeszcze kilka słów
W poprzednim wpisie była mowa o nadinterpretacjach i problemie tak zwanych nadużyć interpretacyjnych. Dzisiaj - tak się składa, że znowu po dłuższej przerwie - chciałabym kontynuować ten właśnie wątek.
Jak wspominałam wcześniej, nadinterpretacje bywają niewinne w tym znaczeniu, iż rzadko są intencjonalne i w pełni zamierzone. Ten, kto się ich dopuszcza robi to z reguły nie w pełni świadomie i działa w dobrej wierze, naprawdę sądząc, iż gdzieś tam było coś powiedziane, coś tam miało miejsce, jakaś rzecz jest taka, jak przedstawili to ludzie, z którymi rozmawiał etc. Jego błąd, jakkolwiek ewidentny i niewątpliwy, polega w tym przypadku nie na tym, że ma wolę wyprowadzania kogoś czy siebie samego na przysłowiowe manowce, lecz że jest mało ostrożny, zbyt łatwowierny, pochopnie i przedwcześnie, nie sprawdziwszy dokładnie, nie znając sprawy lub mając o niej jedynie powierzchowną wiedzę przyjmuje jakąś wersję wydarzeń za faktyczną, ponieważ to ten właśnie przebieg wypadków najlepiej koresponduje z tym, czego by sobie życzył lub co pasuje do jego ogólnej wizji tego, jaki jest świat.
Trzeba tutaj jednak dodać, iż zdarzają się również takie nadużycia interpretacyjne, które nie są ani niezamierzone, ani podświadome. Ten, kto ich dokonuje - a wcale niekoniecznie są to wyłącznie politycy czy spece od pijaru - w gruncie rzeczy bardzo dobrze zdaje sobie sprawę, że dokonuje manipulacji wobec przekazu, jaki celowo przeinterpretowuje. Do tej grupy nieuczciwych praktyk komunikacyjnych należą chociażby takie działania jak świadome pomijanie pewnych faktów, dodawanie mimochodem "od siebie" - ale jednocześnie tak, że na podstawie kontekstu słuchacz zakłada, iż coś musiało być zawarte w przekazie źródłowym - tego i owego, dołączanie komentarza i oceny w taki sposób, iż miesza się ona z faktami, wywołując określoną reakcję emocjonalną u odbiorcy, takie rozkładanie akcentów, iż to, co było ważne w wyjściowym komunikacie staje się zupełnie nieistotne w "tłumaczeniu" i vice versa, względnie wcale nie tak rzadkie wmawianie dosłownie "na chama" różnych pożądanych przez nadawcę rzeczy, tak aby odbiorcy nie umknęło, że "przecież bardzo chce" gdzieś tam jechać, coś zrobić czy coś nabyć.
Z jeszcze innym, bardzo ciekawym przykładem nadinterpretacji mamy niekiedy do czynienia w przypadku myślenia tzw. całościami znaczeniowymi. Jest to rozumowanie zbliżone nieco do posługiwania się uproszczeniami i stereotypami oraz patrzenia na fakty nie przez pryzmat tego, co naprawdę o nich wiemy, lecz od razu z perspektywy jakiejś wyższej, niekiedy silnie zmitologizowanej, a więc posiadającej pewien nadmiar znaczenia i niosącej mocny przekaz symboliczny narracji. Jest to jednak problem na tyle obszerny, że stanowi w zasadzie materiał co najmniej na odrębny wpis, dlatego zajmę się nim w następnym poście.
Jak wspominałam wcześniej, nadinterpretacje bywają niewinne w tym znaczeniu, iż rzadko są intencjonalne i w pełni zamierzone. Ten, kto się ich dopuszcza robi to z reguły nie w pełni świadomie i działa w dobrej wierze, naprawdę sądząc, iż gdzieś tam było coś powiedziane, coś tam miało miejsce, jakaś rzecz jest taka, jak przedstawili to ludzie, z którymi rozmawiał etc. Jego błąd, jakkolwiek ewidentny i niewątpliwy, polega w tym przypadku nie na tym, że ma wolę wyprowadzania kogoś czy siebie samego na przysłowiowe manowce, lecz że jest mało ostrożny, zbyt łatwowierny, pochopnie i przedwcześnie, nie sprawdziwszy dokładnie, nie znając sprawy lub mając o niej jedynie powierzchowną wiedzę przyjmuje jakąś wersję wydarzeń za faktyczną, ponieważ to ten właśnie przebieg wypadków najlepiej koresponduje z tym, czego by sobie życzył lub co pasuje do jego ogólnej wizji tego, jaki jest świat.
Trzeba tutaj jednak dodać, iż zdarzają się również takie nadużycia interpretacyjne, które nie są ani niezamierzone, ani podświadome. Ten, kto ich dokonuje - a wcale niekoniecznie są to wyłącznie politycy czy spece od pijaru - w gruncie rzeczy bardzo dobrze zdaje sobie sprawę, że dokonuje manipulacji wobec przekazu, jaki celowo przeinterpretowuje. Do tej grupy nieuczciwych praktyk komunikacyjnych należą chociażby takie działania jak świadome pomijanie pewnych faktów, dodawanie mimochodem "od siebie" - ale jednocześnie tak, że na podstawie kontekstu słuchacz zakłada, iż coś musiało być zawarte w przekazie źródłowym - tego i owego, dołączanie komentarza i oceny w taki sposób, iż miesza się ona z faktami, wywołując określoną reakcję emocjonalną u odbiorcy, takie rozkładanie akcentów, iż to, co było ważne w wyjściowym komunikacie staje się zupełnie nieistotne w "tłumaczeniu" i vice versa, względnie wcale nie tak rzadkie wmawianie dosłownie "na chama" różnych pożądanych przez nadawcę rzeczy, tak aby odbiorcy nie umknęło, że "przecież bardzo chce" gdzieś tam jechać, coś zrobić czy coś nabyć.
Z jeszcze innym, bardzo ciekawym przykładem nadinterpretacji mamy niekiedy do czynienia w przypadku myślenia tzw. całościami znaczeniowymi. Jest to rozumowanie zbliżone nieco do posługiwania się uproszczeniami i stereotypami oraz patrzenia na fakty nie przez pryzmat tego, co naprawdę o nich wiemy, lecz od razu z perspektywy jakiejś wyższej, niekiedy silnie zmitologizowanej, a więc posiadającej pewien nadmiar znaczenia i niosącej mocny przekaz symboliczny narracji. Jest to jednak problem na tyle obszerny, że stanowi w zasadzie materiał co najmniej na odrębny wpis, dlatego zajmę się nim w następnym poście.
wtorek, 13 maja 2014
C.d. o błędach myślowych - nadinterpretacje i nadużycia interpretacyjne
W poprzednim poście była mowa o nadużywaniu analogii i myślenia poprzez analogie. Dzisiaj, po dłuższej przerwie chciałabym zaproponować trochę inny temat, który wbrew pozorom jest również powiązany z logiką i naszą zdolnością przyswojenia sobie treści percypowanego przekazu oraz w ogóle różnych rodzajów wypowiedzi. Chodzi mi mianowicie o szeroko rozumiany problem nadinterpretacji i nadużyć interpretacyjnych, jakie - czasami intencjonalnie, a czasami nieświadomie - popełniamy.
Na pewno każdy z nas miał do czynienia z sytuacją, kiedy po usłyszeniu albo przeczytaniu na przykład jakiegoś listu albo wiadomości nabiera silnego, graniczącego ze stuprocentową oczywistością przekonania, że dana sprawa przedstawia się tak a tak, lecz potem, po ponownej lekturze, dokładniejszym sprawdzeniu, uważniejszemu przyjrzeniu się uświadamia sobie, że było ono, mówiąc najoględniej, nie do końca uzasadnione, jeśli nie zupełnie bezzasadne (co też się wcale nierzadko zdarza!). Pytani o to, skąd właściwie wzięliśmy informację, że coś tam miało miejsce, dlaczego uważaliśmy, że coś miało albo ma określony charakter czy wydźwięk nie potrafimy odpowiedzieć i wskazać precyzyjnie źródeł naszego poglądu z tego prostego powodu, że wcale nie ma on racjonalnej, obiektywnej przyczyny. To my sami, powodowani własnymi emocjami, lękami, życzeniami czy pragnieniami przeinterpretowujemy sobie jakiś komunikat czy wydarzenie, podświadomie dodając do niego coś, co jest z nimi zgodne, a co mogło wcale nie być w nim zawarte.
Takie - z reguły podświadome i nieprzemyślane - zakładanie i przyjmowanie czegoś ponad to, co faktycznie zostało gdzieś powiedziane czy napisane tylko dlatego, że w głębi duszy bardzo chcielibyśmy, by takie właśnie były fakty lub dlatego, że jest to zbieżne z jakimś popularnym założeniem albo wzorcem myślowym czy narracyjnym rozpowszechnionym wśród ludzi, wśród których funkcjonujemy - jest bardzo częste, by nie rzec nagminne. Nie będzie chyba wielkiej przesady, jeśli powiem, że jest to jeden z najczęściej popełnianych błędów w rozumowaniu, którego właśnie dlatego nie należy lekceważyć.
Reasumując, zrozumienie jakiegokolwiek tekstu czy komunikatu nie jest możliwe bez interpretacji, lecz każda interpretacja ma swoje granice i nie może zbyt daleko wybiegać poza poza to, co jest jej punktem wyjścia. Jeśli dokonując jej pominiemy wszystko to, co nam z jakichś względów nie pasuje, a z kolei w innych miejscach dodamy to czy owo, będziemy wtedy mieli zawsze tylko to, co sobie już z góry założyliśmy jako odpowiedź, tyle tylko, że rodzi się wtedy obawa, iż wyjściowa rzeczywistość zostanie w ten sposób tak zmieniona, że nie będzie już sobą, ale czymś dogłębnie odmiennym. Inaczej mówiąc, to, co zrobimy będzie nie tyle interpretacją, co manipulacją, która nawet jeśli mamy szczere chęci i najlepiej komuś życzymy nie prowadzi do rzetelnej wiedzy o jakieś sprawie czy problemie, ma więc znikomą wartość zarówno poznawczą, jak też praktyczną. Dlatego właśnie warto uważnie i krytycznie czytać i słuchać tego, co mówią do nas inni - tak, abyśmy słyszeli to, co faktycznie chcą nam przekazać, a nie wyłącznie siebie samych.
Na pewno każdy z nas miał do czynienia z sytuacją, kiedy po usłyszeniu albo przeczytaniu na przykład jakiegoś listu albo wiadomości nabiera silnego, graniczącego ze stuprocentową oczywistością przekonania, że dana sprawa przedstawia się tak a tak, lecz potem, po ponownej lekturze, dokładniejszym sprawdzeniu, uważniejszemu przyjrzeniu się uświadamia sobie, że było ono, mówiąc najoględniej, nie do końca uzasadnione, jeśli nie zupełnie bezzasadne (co też się wcale nierzadko zdarza!). Pytani o to, skąd właściwie wzięliśmy informację, że coś tam miało miejsce, dlaczego uważaliśmy, że coś miało albo ma określony charakter czy wydźwięk nie potrafimy odpowiedzieć i wskazać precyzyjnie źródeł naszego poglądu z tego prostego powodu, że wcale nie ma on racjonalnej, obiektywnej przyczyny. To my sami, powodowani własnymi emocjami, lękami, życzeniami czy pragnieniami przeinterpretowujemy sobie jakiś komunikat czy wydarzenie, podświadomie dodając do niego coś, co jest z nimi zgodne, a co mogło wcale nie być w nim zawarte.
Takie - z reguły podświadome i nieprzemyślane - zakładanie i przyjmowanie czegoś ponad to, co faktycznie zostało gdzieś powiedziane czy napisane tylko dlatego, że w głębi duszy bardzo chcielibyśmy, by takie właśnie były fakty lub dlatego, że jest to zbieżne z jakimś popularnym założeniem albo wzorcem myślowym czy narracyjnym rozpowszechnionym wśród ludzi, wśród których funkcjonujemy - jest bardzo częste, by nie rzec nagminne. Nie będzie chyba wielkiej przesady, jeśli powiem, że jest to jeden z najczęściej popełnianych błędów w rozumowaniu, którego właśnie dlatego nie należy lekceważyć.
Reasumując, zrozumienie jakiegokolwiek tekstu czy komunikatu nie jest możliwe bez interpretacji, lecz każda interpretacja ma swoje granice i nie może zbyt daleko wybiegać poza poza to, co jest jej punktem wyjścia. Jeśli dokonując jej pominiemy wszystko to, co nam z jakichś względów nie pasuje, a z kolei w innych miejscach dodamy to czy owo, będziemy wtedy mieli zawsze tylko to, co sobie już z góry założyliśmy jako odpowiedź, tyle tylko, że rodzi się wtedy obawa, iż wyjściowa rzeczywistość zostanie w ten sposób tak zmieniona, że nie będzie już sobą, ale czymś dogłębnie odmiennym. Inaczej mówiąc, to, co zrobimy będzie nie tyle interpretacją, co manipulacją, która nawet jeśli mamy szczere chęci i najlepiej komuś życzymy nie prowadzi do rzetelnej wiedzy o jakieś sprawie czy problemie, ma więc znikomą wartość zarówno poznawczą, jak też praktyczną. Dlatego właśnie warto uważnie i krytycznie czytać i słuchać tego, co mówią do nas inni - tak, abyśmy słyszeli to, co faktycznie chcą nam przekazać, a nie wyłącznie siebie samych.
sobota, 18 stycznia 2014
C.d. - błędy myślowe - analogie, czyli fałszywi przyjaciele myślących logicznie
W kilku poprzednich wpisach zajmowałam się zagadnieniem tak zwanego błędu naturalistycznego, czyli, mówiąc w pewnym uproszczeniu, rozumowania polegającego na tym, że - świadomie lub podświadomie - mieszamy to, co faktycznie ma miejsce z tym, co w danej sytuacji byłoby słuszne, właściwe, zgodne z moralną czy etyczną normą, czego efektem jest dobrowolne zawężenie i zamknięcie własnego horyzontu myślowego i tkwienie w - jakże często najzupełniej fałszywym - przekonaniu, że świat, który znamy i który sobie jakoś uporządkowaliśmy czy określiliśmy jest jedyną w ogóle dostępną rzeczywistością, dla której po prostu nie ma alternatywy. Błąd ten, podobnie jak pozostałe wcześniej opisane wynika najczęściej z lenistwa myślowego - większości z nas nie chce się bowiem zastanawiać nad prawdziwym charakterem czy przyczynami tego, co nas otacza. Zdecydowanie wygodniej jest wierzyć, że świat po prostu widocznie musi być taki jaki jest, już chociażby z tego powodu, iż konkluzja przeciwna wymuszałaby na nas konieczność podjęcia jakichś działań mających na celu odrzucenie owego niesprawiedliwego czy w jakikolwiek inny sposób niepożądanego status quo, a to pociągałoby za sobą zbyt daleko idący wysiłek, niepewność i budzące obawy zmiany, na jakie - przyzwyczajeni do tego, co już znamy - zwyczajnie nie chcemy się zgodzić.
Dzisiaj chciałabym zająć się innym, niemniej popularnym błędem, który za Heglem pozwolę sobie określić jako "nadużywanie analogii i myślenia poprzez analogie". To bardzo często spotykany, a jednocześnie z logicznego punktu widzenia wyjątkowo perfidny i podstępny przeciwnik, tym bardziej niebezpieczny, że może się z pozoru wydawać zupełnie niewinny, a nawet bardzo pomocny w eksplikacji tego, co chcemy przekazać adresatowi naszej wypowiedzi, a co inaczej byłoby nam na przykład bardzo trudno w zrozumiały sposób wyrazić.
Zresztą o tyle, o ile analogię stosujemy w rozsądnych granicach, jako zwykłe porównanie - to znaczy mamy świadomość tego, że dwa zjawiska, które porównujemy mimo wszelkich podobieństw, jakie możemy między nimi wskazać pozostają dwoma różnymi, odrębnymi bytami - chwyt ten faktycznie bywa bardzo przydatny w eksplikacji własnego stanowiska i całkowicie logicznie nieszkodliwy. Problem zaczyna się wtedy, kiedy - jak to szalenie często ma miejsce w tak zwanej debacie publicznej - zaczynamy ją traktować nie jako rodzaj przenośni, ale jako dosłowne określenie czy opis tej drugiej, porównywanej sprawy, zdarzenia czy osoby. Takie rozumowanie nie tylko w ogóle nie przybliża nas do wyjaśnienia rzeczywistości, w jakiej żyjemy, ale jako zwykłe nadużycie oraz czysta, pozbawiona treści i odniesienia do realiów retoryka prowadzi do najdalej idących uproszczeń, nadinterpretacji i wypaczenia prawdy o faktach, o jakich mówimy.
Jakkolwiek bowiem rozmaite byty, zjawiska czy osoby mogą mieć - i faktycznie bardzo często mają - wiele cech wspólnych, decydujących o tym, iż są do siebie podobne, mogą również mieć - o czym zdeklarowani apologeci analogii nie zawsze chcą pamiętać - co najmniej równie wiele cech, jakie mogą je odróżniać od siebie i jakie decydują o tym, że są to właśnie dwa odrębne byty, a nie jedna i ta sama rzecz. To ten swoisty indywidualizm stanowi o tym, że świat jest zróżnicowany i poznawczo interesujący, a nie nudny, monotonny i do bólu przewidywalny. Dokonując porównań i doszukując się wyłącznie tego, co łączy ze sobą jakieś zdarzenia, ludzi czy sytuacje warto pamiętać o tym drugim, różnicującym je aspekcie, tak aby ostatecznie nie okazało się, że suma różnic zdecydowanie przekracza sumę podobieństw i że porównujemy ze sobą sprawy, które mają się do siebie prawie tak, jak przysłowiowy piernik do wiatraka.
Dzisiaj chciałabym zająć się innym, niemniej popularnym błędem, który za Heglem pozwolę sobie określić jako "nadużywanie analogii i myślenia poprzez analogie". To bardzo często spotykany, a jednocześnie z logicznego punktu widzenia wyjątkowo perfidny i podstępny przeciwnik, tym bardziej niebezpieczny, że może się z pozoru wydawać zupełnie niewinny, a nawet bardzo pomocny w eksplikacji tego, co chcemy przekazać adresatowi naszej wypowiedzi, a co inaczej byłoby nam na przykład bardzo trudno w zrozumiały sposób wyrazić.
Zresztą o tyle, o ile analogię stosujemy w rozsądnych granicach, jako zwykłe porównanie - to znaczy mamy świadomość tego, że dwa zjawiska, które porównujemy mimo wszelkich podobieństw, jakie możemy między nimi wskazać pozostają dwoma różnymi, odrębnymi bytami - chwyt ten faktycznie bywa bardzo przydatny w eksplikacji własnego stanowiska i całkowicie logicznie nieszkodliwy. Problem zaczyna się wtedy, kiedy - jak to szalenie często ma miejsce w tak zwanej debacie publicznej - zaczynamy ją traktować nie jako rodzaj przenośni, ale jako dosłowne określenie czy opis tej drugiej, porównywanej sprawy, zdarzenia czy osoby. Takie rozumowanie nie tylko w ogóle nie przybliża nas do wyjaśnienia rzeczywistości, w jakiej żyjemy, ale jako zwykłe nadużycie oraz czysta, pozbawiona treści i odniesienia do realiów retoryka prowadzi do najdalej idących uproszczeń, nadinterpretacji i wypaczenia prawdy o faktach, o jakich mówimy.
Jakkolwiek bowiem rozmaite byty, zjawiska czy osoby mogą mieć - i faktycznie bardzo często mają - wiele cech wspólnych, decydujących o tym, iż są do siebie podobne, mogą również mieć - o czym zdeklarowani apologeci analogii nie zawsze chcą pamiętać - co najmniej równie wiele cech, jakie mogą je odróżniać od siebie i jakie decydują o tym, że są to właśnie dwa odrębne byty, a nie jedna i ta sama rzecz. To ten swoisty indywidualizm stanowi o tym, że świat jest zróżnicowany i poznawczo interesujący, a nie nudny, monotonny i do bólu przewidywalny. Dokonując porównań i doszukując się wyłącznie tego, co łączy ze sobą jakieś zdarzenia, ludzi czy sytuacje warto pamiętać o tym drugim, różnicującym je aspekcie, tak aby ostatecznie nie okazało się, że suma różnic zdecydowanie przekracza sumę podobieństw i że porównujemy ze sobą sprawy, które mają się do siebie prawie tak, jak przysłowiowy piernik do wiatraka.
sobota, 14 grudnia 2013
Ciąg dalszy o tym, czy można wywieść "powinien" z "jest", czyli dlaczego logika nie jest teodyceą i nie polega na absolutyzacji status quo?
W poprzednim wpisie wspominałam o popularnym, nawiązującym zwłaszcza do filozofii utylitarystycznej błędzie polegającym na tym, iż argumenty na rzecz tego, że coś powinno być takie a nie inne lub że w określonej sytuacji należy postąpić w jakiś sposób czerpiemy z tak zwanego status quo, automatycznie zakładając, iż skoro coś jest jakieś, wynika z tego, że takie właśnie musi być. Elementy takiego myślenia można znaleźć na przykład w nie zawsze uświadamianym, lecz niezwykle rozpowszechnionym, stereotypowym przekonaniu, że ludzie, którym się wiedzie i którzy mają w życiu tzw. szczęście muszą być w jakiś sposób lepsi od tych, którym się, jak to się mówi, nie udało. Jak łatwo wykazać, jest to wniosek logicznie rzecz biorąc jedynie połowicznie słuszny, ponieważ jakkolwiek czasami faktycznie bywa tak, że czyjś sukces lub powodzenie stanowi konsekwencję jego czy jej wysiłków i pracy, co najmniej równie często spotykamy się z sytuacjami dokładnie odwrotnymi, w których włożony wysiłek i najszczersze chęci z uwagi na rozmaite bliżej nieokreślone czynniki losowe, pogodowe czy w jakikolwiek inny sposób niezależne od woli jednostki prowadzą do dokładnie odwrotnego skutku i jest tak pomimo tego, iż stopień zaangażowania w jednym i w drugim przypadku był taki sam lub - co, choć to paskudna niesprawiedliwość, też się niestety zdarza - w tym drugim przypadku był nawet większy.
Człowiek wierzący jest w tym momencie w nieco lepszej sytuacji niż agnostyk lub ateista, ponieważ pozostaje mu zawsze jeszcze wiara w to, że takie nieuregulowane tutaj rachunki zostaną kiedyś wyrównane w innym, lepszym świecie, gdzie zapanuje idealna sprawiedliwość i gdzie konsekwencje naszych czynów oraz wyborów nabiorą naprawdę logicznego charakteru, bo karani będą wyłącznie źli, a nagradzani także wyłącznie ci, którzy na to zasługują. Nie zmienia to jednak faktu, iż rzeczywistość doczesna, empiryczna, czyli ta, co do istnienia której nie ma kontrowersji pomiędzy wyznawcami różnych religii, agnostykami oraz ateistami w niewielkim zaledwie stopniu lub zgoła wcale nie przypomina idealnie sprawiedliwego państwa Platona i że w związku z tym żyjąc w niej musimy oswoić się z mniejszymi czy większymi nielogicznościami i nieraz zupełnym brakiem związku między naszymi dążeniami, czynami i wolą a tym, co z tego ostatecznie wynika.
Z tym samym utylitarystycznym poglądem, tylko w nieco zmienionej postaci mamy do czynienia tam, gdzie ktoś patrząc na jakiś faktyczny stan rzeczy - na przykład taki, że w danym społeczeństwie jednostki nie mają równych praw i że, jak miało to miejsce w starożytnej Grecji, istnieją ludzie wolni oraz niewolnicy - stwierdza, że skoro tak jest, widocznie taka jest natura rzeczy i na podstawie empirycznego status quo wnosi o istnieniu metafizycznej, moralnej, normatywnej zasady, jaka je sankcjonuje i legitymizuje. Co ciekawe, ten sposób myślenia nie był wcale obcy nawet najwybitniejszym skądinąd filozofom - na przykład Arystoteles tak właśnie odnosił się do kwestii niewolnictwa, będąc głęboko i autentycznie przekonanym, iż niewolnicy nie są ludźmi, tylko mówiącymi narzędziami. Oczywiście wniosek taki nie ma nic wspólnego z logiką, ponieważ z czysto logicznego punktu widzenia jakiś empiryczny stan faktyczny potwierdza co najwyżej sam siebie oraz, ewentualnie, dogmatyczne założenia tego, kto przyczynił się do jego powstania i tak na dobrą sprawę nic poza tym. Nie mamy bowiem żadnego dobrego powodu, aby uważać, że skoro czegoś nie ma hic et nunc lub też tu i teraz coś jest jakieś tam, także gdzie indziej i na przykład w przyszłości rzeczy tej nie będzie lub będzie ona taka jak to, co dobrze znamy albo też że w innych okolicznościach, przy bardziej sprzyjających wiatrach i w rzeczywistości rządzonej przez ludzi o bardziej otwartych umysłach i rozleglejszych horyzontach intelektualnych nie mogłaby ona być inna.
Reasumując, skoro świat takim jakim jest ma mnóstwo mankamentów i nie wydaje nam się - często najzupełniej słusznie - szczególnie sprawiedliwy, logicznie rzecz biorąc nie jest uzasadnione szukanie dla owej niesprawiedliwości jakiegoś dogmatycznego uzasadnienia czy zgoła rozgrzeszenia. Tak postępując zamykamy sobie bowiem na własne życzenie drogę do tego, aby był on inny, lepszy i bardziej zbieżny z tym, czego być może oczekiwalibyśmy. Myślenie takie to szczerze mówiąc doskonały sposób na to, aby trwale zablokować naszą zdolność i motywację do działania, tworzenia, zmieniania rzeczywistości, a nawet - czego dowodzi przykład z Arystotelesem - odróżniania dobra od zła. Słowem, jest ono w najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa pułapką, a skoro tak, jako myślące istoty, które widzą jego konsekwencje i którym nie jest obojętne, w jakim świecie żyją powinniśmy zrobić wszystko co w naszej mocy, aby nie dać się w nią złapać.
Człowiek wierzący jest w tym momencie w nieco lepszej sytuacji niż agnostyk lub ateista, ponieważ pozostaje mu zawsze jeszcze wiara w to, że takie nieuregulowane tutaj rachunki zostaną kiedyś wyrównane w innym, lepszym świecie, gdzie zapanuje idealna sprawiedliwość i gdzie konsekwencje naszych czynów oraz wyborów nabiorą naprawdę logicznego charakteru, bo karani będą wyłącznie źli, a nagradzani także wyłącznie ci, którzy na to zasługują. Nie zmienia to jednak faktu, iż rzeczywistość doczesna, empiryczna, czyli ta, co do istnienia której nie ma kontrowersji pomiędzy wyznawcami różnych religii, agnostykami oraz ateistami w niewielkim zaledwie stopniu lub zgoła wcale nie przypomina idealnie sprawiedliwego państwa Platona i że w związku z tym żyjąc w niej musimy oswoić się z mniejszymi czy większymi nielogicznościami i nieraz zupełnym brakiem związku między naszymi dążeniami, czynami i wolą a tym, co z tego ostatecznie wynika.
Z tym samym utylitarystycznym poglądem, tylko w nieco zmienionej postaci mamy do czynienia tam, gdzie ktoś patrząc na jakiś faktyczny stan rzeczy - na przykład taki, że w danym społeczeństwie jednostki nie mają równych praw i że, jak miało to miejsce w starożytnej Grecji, istnieją ludzie wolni oraz niewolnicy - stwierdza, że skoro tak jest, widocznie taka jest natura rzeczy i na podstawie empirycznego status quo wnosi o istnieniu metafizycznej, moralnej, normatywnej zasady, jaka je sankcjonuje i legitymizuje. Co ciekawe, ten sposób myślenia nie był wcale obcy nawet najwybitniejszym skądinąd filozofom - na przykład Arystoteles tak właśnie odnosił się do kwestii niewolnictwa, będąc głęboko i autentycznie przekonanym, iż niewolnicy nie są ludźmi, tylko mówiącymi narzędziami. Oczywiście wniosek taki nie ma nic wspólnego z logiką, ponieważ z czysto logicznego punktu widzenia jakiś empiryczny stan faktyczny potwierdza co najwyżej sam siebie oraz, ewentualnie, dogmatyczne założenia tego, kto przyczynił się do jego powstania i tak na dobrą sprawę nic poza tym. Nie mamy bowiem żadnego dobrego powodu, aby uważać, że skoro czegoś nie ma hic et nunc lub też tu i teraz coś jest jakieś tam, także gdzie indziej i na przykład w przyszłości rzeczy tej nie będzie lub będzie ona taka jak to, co dobrze znamy albo też że w innych okolicznościach, przy bardziej sprzyjających wiatrach i w rzeczywistości rządzonej przez ludzi o bardziej otwartych umysłach i rozleglejszych horyzontach intelektualnych nie mogłaby ona być inna.
Reasumując, skoro świat takim jakim jest ma mnóstwo mankamentów i nie wydaje nam się - często najzupełniej słusznie - szczególnie sprawiedliwy, logicznie rzecz biorąc nie jest uzasadnione szukanie dla owej niesprawiedliwości jakiegoś dogmatycznego uzasadnienia czy zgoła rozgrzeszenia. Tak postępując zamykamy sobie bowiem na własne życzenie drogę do tego, aby był on inny, lepszy i bardziej zbieżny z tym, czego być może oczekiwalibyśmy. Myślenie takie to szczerze mówiąc doskonały sposób na to, aby trwale zablokować naszą zdolność i motywację do działania, tworzenia, zmieniania rzeczywistości, a nawet - czego dowodzi przykład z Arystotelesem - odróżniania dobra od zła. Słowem, jest ono w najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa pułapką, a skoro tak, jako myślące istoty, które widzą jego konsekwencje i którym nie jest obojętne, w jakim świecie żyją powinniśmy zrobić wszystko co w naszej mocy, aby nie dać się w nią złapać.
czwartek, 28 listopada 2013
Ciąg dalszy rozważań o błędach myślowych - czy można wywieść "powinien" z "jest"?
W jednym z poprzednich postów pisałam o popularnym błędzie myślowym polegającym na mieszaniu ze sobą sądów o faktach i sądów wartościujących, będących odzwierciedleniem nie tyle rzeczywistości jako takiej, ile raczej naszych prywatnych przekonań, uprzedzeń i przesądów. Jeżeli bardzo czegoś chcemy, żywimy wobec jakiejś osoby silne pozytywne albo negatywne uczucia czy w jakikolwiek inny sposób jesteśmy emocjonalnie zaangażowani w to, o czym mówimy lub co oceniamy, może to skutkować tym, że będziemy widzieć i słyszeć nie to, co faktycznie gdzieś jest - dajmy na to - napisane lub powiedziane, ale to, co życzylibyśmy sobie zobaczyć i usłyszeć. Nasze osobiste zaangażowanie w problem będzie powodować, że w zgoła niewinnych wydarzeniach takich jak na przykład to, że ktoś wyraża na jakąś sprawę pogląd odmienny od naszego (jest to zwłaszcza dobrze widoczne w sporach dotyczących polityki, choć tak naprawdę żadna dziedzina rzeczywistości nie jest całkowicie wyjęta spod działania tej zasady) będziemy od razu dopatrywać się tego, że adwersarz jest głupi, zły, niemoralny czy pod jakimkolwiek innym względem zasługuje na ogólne potępienie.
Elementy takiego myślenia można znaleźć chociażby w popularnym przesądzie, jaki każe nam - pozornie racjonalnym jednostkom żyjącym w epoce odkryć naukowych i lotów w kosmos - dopatrywać się automatycznie licznych zalet i przewag moralnych u tzw. ludzi sukcesu czy na przykład osób ładnych (błąd znany lepiej jako efekt aureoli), a odsądzać od czci i wiary i mieć za głupca jakiegoś nieszczęśnika, któremu gdzieś tam powinęła się noga, bo znalazł się przypadkiem w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze czy po prostu zwyczajnie miał pecha, spotykając na swojej drodze naprawdę głupich i złych ludzi. Jak się wydaje, źródła takiego sposobu postrzegania świata mają związek z filozofią utylitarystyczną, zakładającą, że dobro sprowadza się do tego, co pożyteczne i że w związku z tym o tym, co lepsze czy słuszne w sensie moralnym zawsze rozstrzygają racje o charakterze pragmatycznym i materialnym.
Jak łatwo zauważyć, ten w najwyższym stopniu upraszczający wniosek przekona tylko kogoś, kto podziela jego przesłanki. Ponadto, jak dowiódł swego czasu G. E. Moore, u jego podstaw leży rodzaj petitio principi, logiczne błędne koło, czyli błąd polegający na tym, iż bierze się za przesłankę dowodu coś, co dopiero ma być dowiedzione - jeśli bowiem to, co dobre redukuje się tutaj do empirii, czyli do jakiegoś stanu faktycznego, nie mamy tak naprawdę żadnego kryterium, które pozwoliłoby nam odróżnić to, co jest od tego, co być powinno, faktyczny punkt wyjścia od tego, co mielibyśmy osiągnąć i jedyne co nam pozostaje to kwietystyczna afirmacja rzeczywistości, jaka niejako ex definitione i automatycznie zawsze stanowi potwierdzenie przyjętej tezy. Słowem, jest to po prostu rodzaj minimalizmu nie tylko etycznego, ale również poznawczego, który zamyka nasz horyzont w ciasnym kręgu tego, co dobrze znane i całkowicie skutecznie blokuje jakąkolwiek twórczość czy wynalazczość, jaka przecież polega właśnie także na tym, iż podejmujemy ryzyko ucieczki od tego, co dla większości niekwestionowalne, niekiedy również porażki po to, aby osiągnąć dalekosiężne cele, które ze względu na swój zasadniczo przyszłościowy charakter mogą nie być tak dobrze dostrzegalne i zrozumiałe tu i teraz, z czego nie wynika wcale, iż nie są warte realizacji.
Błąd ten właśnie ze względu na to, iż zahacza nie tylko o samą logikę, ale również o kwestie sensu stricto filozoficzne oraz etyczne bardzo dobrze pokazuje, jak wielkie znaczenie ma logiczne myślenie dla tego, kim jesteśmy, kim możemy się stać i dla naszego stosunku do świata w ogóle. Dlatego też w następnych wpisach powrócę do tego zagadnienia i różnych aspektów mieszania ze sobą tego, co faktyczne i tego, co dobre.
Elementy takiego myślenia można znaleźć chociażby w popularnym przesądzie, jaki każe nam - pozornie racjonalnym jednostkom żyjącym w epoce odkryć naukowych i lotów w kosmos - dopatrywać się automatycznie licznych zalet i przewag moralnych u tzw. ludzi sukcesu czy na przykład osób ładnych (błąd znany lepiej jako efekt aureoli), a odsądzać od czci i wiary i mieć za głupca jakiegoś nieszczęśnika, któremu gdzieś tam powinęła się noga, bo znalazł się przypadkiem w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze czy po prostu zwyczajnie miał pecha, spotykając na swojej drodze naprawdę głupich i złych ludzi. Jak się wydaje, źródła takiego sposobu postrzegania świata mają związek z filozofią utylitarystyczną, zakładającą, że dobro sprowadza się do tego, co pożyteczne i że w związku z tym o tym, co lepsze czy słuszne w sensie moralnym zawsze rozstrzygają racje o charakterze pragmatycznym i materialnym.
Jak łatwo zauważyć, ten w najwyższym stopniu upraszczający wniosek przekona tylko kogoś, kto podziela jego przesłanki. Ponadto, jak dowiódł swego czasu G. E. Moore, u jego podstaw leży rodzaj petitio principi, logiczne błędne koło, czyli błąd polegający na tym, iż bierze się za przesłankę dowodu coś, co dopiero ma być dowiedzione - jeśli bowiem to, co dobre redukuje się tutaj do empirii, czyli do jakiegoś stanu faktycznego, nie mamy tak naprawdę żadnego kryterium, które pozwoliłoby nam odróżnić to, co jest od tego, co być powinno, faktyczny punkt wyjścia od tego, co mielibyśmy osiągnąć i jedyne co nam pozostaje to kwietystyczna afirmacja rzeczywistości, jaka niejako ex definitione i automatycznie zawsze stanowi potwierdzenie przyjętej tezy. Słowem, jest to po prostu rodzaj minimalizmu nie tylko etycznego, ale również poznawczego, który zamyka nasz horyzont w ciasnym kręgu tego, co dobrze znane i całkowicie skutecznie blokuje jakąkolwiek twórczość czy wynalazczość, jaka przecież polega właśnie także na tym, iż podejmujemy ryzyko ucieczki od tego, co dla większości niekwestionowalne, niekiedy również porażki po to, aby osiągnąć dalekosiężne cele, które ze względu na swój zasadniczo przyszłościowy charakter mogą nie być tak dobrze dostrzegalne i zrozumiałe tu i teraz, z czego nie wynika wcale, iż nie są warte realizacji.
Błąd ten właśnie ze względu na to, iż zahacza nie tylko o samą logikę, ale również o kwestie sensu stricto filozoficzne oraz etyczne bardzo dobrze pokazuje, jak wielkie znaczenie ma logiczne myślenie dla tego, kim jesteśmy, kim możemy się stać i dla naszego stosunku do świata w ogóle. Dlatego też w następnych wpisach powrócę do tego zagadnienia i różnych aspektów mieszania ze sobą tego, co faktyczne i tego, co dobre.
środa, 13 listopada 2013
Błędy w rozumowaniu - o wartości prawdy w logice i w filozofii
W poprzednim poście była mowa o błędach będących wynikiem tak zwanego myślenia życzeniowego oraz o autosugestii, która stanowi szczególną postać tego ostatniego i która w skrajnych przypadkach może prowadzić do efektu tak zwanej samospełniającej się przepowiedni. Jeśli bardzo czegoś chcemy, jesteśmy pod wpływem silnych emocji, jakie nie pozwalają nam jasno myśleć i obiektywnie oceniać sytuacji, bardzo lubimy albo, przeciwnie, nienawidzimy osoby, o której mamy wydawać sądy lub w jakikolwiek inny sposób jesteśmy uczuciowo albo wolicjonalnie zaangażowani w wydarzenia jest zupełnie prawdopodobne, iż racjonalne argumenty jednoznacznie pokazujące, że mylimy się w ocenie, a nawet naoczne udowodnienie, że jest inaczej niż zakładamy wcale nie spowoduje tego, iż przestaniemy wierzyć w prawdziwość naszych wniosków. W takim przypadku jak powyższy widzimy bowiem i słyszymy nie to, co faktycznie nastąpiło i co zostało powiedziane, lecz to, co chcemy zobaczyć i usłyszeć, więc także wnioski, jakie wyciągamy nie będą się odnosiły do tego, co rzeczywiście zaszło, ale do tego, co nasza wyobraźnia czy wola podstawia w to miejsce.
Jakkolwiek w ten sposób niewątpliwie tworzymy sobie fałszywy i wypaczony obraz rzeczywistości, nie robimy tego we właściwym tego słowa sensie intencjonalnie. Przeciwnie, możemy być nawet szczerze przekonani, że fakty są dokładnie takie, jak sobie wyobrażamy i szczerze zdumieni, kiedy okaże się ostatecznie, że jest na przykład jakoś inaczej. Z nieco innym problemem mamy do czynienia wtedy, kiedy wiedząc o tym, że ludzie lubią, gdy mówimy im właśnie to, co chcą usłyszeć i w ogóle mają skłonność do szukania łatwych rozwiązań i upraszczających odpowiedzi na zwłaszcza trudne pytania staramy się za wszelką cenę dać im to, czego oczekują nawet wtedy, kiedy zdajemy sobie doskonale sprawę z tego, iż w ten sposób stawiamy rzeczywistość dosłownie na głowie.
Reasumując, każde poprawne, sensowne rozumowanie musi zakładać jakiś przynajmniej elementarny szacunek dla rzeczywistości, w przeciwnym razie jest ono wyłącznie czystą erystyką. Analogicznie w prowadzonym sporze chodzi o ustalenie racji, nie o samo spieranie się jako takie. Zarówno w logice, jak też w samej filozofii chodzi bowiem właśnie o prawdę i to ona jest też ostateczną instancją rozstrzygającą o tym, czy nasze wnioski są, czy nie są słuszne. Począwszy od Sokratesa, który jako pierwszy tak dobitnie wyeksplikował ten pogląd jest to jeden z najbardziej podstawowych filozoficznych aksjomatów, bez którego w ogóle nie można mówić o tym, iż rozważania mają charakter racjonalny. Dlatego miłośnikom filozofii oraz tym, którzy są na tyle krytyczni, że nie zadowolą ich takie łatwe, uproszczone odpowiedzi i pomimo wszelkich przeszkód, jakie mogą napotkać na swojej drodze podejmują trud racjonalnego myślenia dedykuję dzisiaj następujące słowa D. Q. McInerny`ego, autora doskonałej książki poświęconej sztuce logicznego myślenia, którą szczerze polecam wszystkim czytelnikom tego bloga: "Nie mów słuchaczom tego, co chcą usłyszeć. Mów im to, co jest prawdą. Nie mów, że coś jest pewne, jeśli nie jest. Jeżeli rzeczywistość jest czarna, nazwij ją czarną. Jeżeli rzeczywistość jest biała, nazwij ją białą. Jeżeli rzeczywistość jest szara, nazwij ją szarą. Słuchacze może nie od razu docenią twoją szczerość, ale należy mieć nadzieję, że w końcu przekonają się, iż tylko prawda się liczy." (cytuję za: D. Q. McInerny, Nauka logicznego myślenia, przełożyła Ewa Czerwińska, Klub dla Ciebie, Warszawa 2005, s. 139)
Jakkolwiek w ten sposób niewątpliwie tworzymy sobie fałszywy i wypaczony obraz rzeczywistości, nie robimy tego we właściwym tego słowa sensie intencjonalnie. Przeciwnie, możemy być nawet szczerze przekonani, że fakty są dokładnie takie, jak sobie wyobrażamy i szczerze zdumieni, kiedy okaże się ostatecznie, że jest na przykład jakoś inaczej. Z nieco innym problemem mamy do czynienia wtedy, kiedy wiedząc o tym, że ludzie lubią, gdy mówimy im właśnie to, co chcą usłyszeć i w ogóle mają skłonność do szukania łatwych rozwiązań i upraszczających odpowiedzi na zwłaszcza trudne pytania staramy się za wszelką cenę dać im to, czego oczekują nawet wtedy, kiedy zdajemy sobie doskonale sprawę z tego, iż w ten sposób stawiamy rzeczywistość dosłownie na głowie.
Reasumując, każde poprawne, sensowne rozumowanie musi zakładać jakiś przynajmniej elementarny szacunek dla rzeczywistości, w przeciwnym razie jest ono wyłącznie czystą erystyką. Analogicznie w prowadzonym sporze chodzi o ustalenie racji, nie o samo spieranie się jako takie. Zarówno w logice, jak też w samej filozofii chodzi bowiem właśnie o prawdę i to ona jest też ostateczną instancją rozstrzygającą o tym, czy nasze wnioski są, czy nie są słuszne. Począwszy od Sokratesa, który jako pierwszy tak dobitnie wyeksplikował ten pogląd jest to jeden z najbardziej podstawowych filozoficznych aksjomatów, bez którego w ogóle nie można mówić o tym, iż rozważania mają charakter racjonalny. Dlatego miłośnikom filozofii oraz tym, którzy są na tyle krytyczni, że nie zadowolą ich takie łatwe, uproszczone odpowiedzi i pomimo wszelkich przeszkód, jakie mogą napotkać na swojej drodze podejmują trud racjonalnego myślenia dedykuję dzisiaj następujące słowa D. Q. McInerny`ego, autora doskonałej książki poświęconej sztuce logicznego myślenia, którą szczerze polecam wszystkim czytelnikom tego bloga: "Nie mów słuchaczom tego, co chcą usłyszeć. Mów im to, co jest prawdą. Nie mów, że coś jest pewne, jeśli nie jest. Jeżeli rzeczywistość jest czarna, nazwij ją czarną. Jeżeli rzeczywistość jest biała, nazwij ją białą. Jeżeli rzeczywistość jest szara, nazwij ją szarą. Słuchacze może nie od razu docenią twoją szczerość, ale należy mieć nadzieję, że w końcu przekonają się, iż tylko prawda się liczy." (cytuję za: D. Q. McInerny, Nauka logicznego myślenia, przełożyła Ewa Czerwińska, Klub dla Ciebie, Warszawa 2005, s. 139)
niedziela, 27 października 2013
Dalsze rozważania o błędach myślowych - myślenie życzeniowe i autosugestia
W poprzednim poście pisałam o
tak zwanym błędzie inspektora Lestrade. Polega on na tym, iż pochopnie i przedwcześnie
przyjmujemy jakieś założenie dotyczące danej osoby albo sprawy, a następnie
dopasowujemy do niego na siłę różne fakty, nawet jeśli logicznie rzecz biorąc
jedno do drugiego ma się tak, jak przysłowiowy piernik do wiatraka. Źle i
życzeniowo interpretując sobie jakieś okoliczności czy zachowania, mogę na
przykład założyć, że ktoś jest mi życzliwy, nie zauważając, że to, co opacznie
biorę za oznaki przyjaźni może być powodowane interesownością i potem pomimo
wszelkich danych po temu, aby zachować najdalej posunięta ostrożność słuchać
rad tego człowieka nawet wtedy, gdy namawia mnie do działań ewidentnie głupich
i nierozsądnych.
Ten rodzaj błędu miewa
zazwyczaj dwie przyczyny. Może on być wynikiem tego, iż wyciągamy fałszywe
wnioski z jakichś rzeczywistych przesłanek, na przykład dlatego, że opacznie
tłumaczymy sobie to, iż jakieś dwa wydarzenia nastąpiły jednocześnie albo bezpośrednio
po sobie, dwoje ludzi weszło lub wyszło z tego samego budynku, dwie rzeczy są
do siebie bardzo zewnętrznie podobne pod jakimś względem i tak dalej. Ze
względu na to, iż pomyłka ma tutaj czysto, jeśli wolno tak powiedzieć, intelektualny
charakter i polega po prostu na mylnej ocenie stanu faktycznego, podanie
prawdziwej przyczyny lub wyjaśnienia tego, co zaszło – w powyższym przykładzie
będzie to, dajmy na to, wykazanie braku realnego związku między tymi
wydarzeniami, osobami albo rzeczami – w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach
na sto doprowadzi do tego, iż ten, kto żywi takie fałszywe mniemanie wycofa
się z niego i będzie zdolny do tego, aby obiektywnie postrzegać to, co miało
miejsce. Jest to ten typ sytuacyjnego nieporozumienia, jakie bardzo chętnie
wykorzystują scenarzyści i pomysłodawcy fabuł filmów komediowych i z jakim wprawdzie bardzo często mamy do czynienia w codziennym życiu, jednak jest ono stosunkowo niegroźne, ponieważ ci, którzy powzięli owo błędne przekonanie pozostają otwarci na
racjonalne, sensowne argumenty.
Błąd taki jest jednak znacznie trudniejszy do naprawienia wtedy, kiedy stanowi efekt tak zwanego myślenia życzeniowego. Jeżeli ktoś bardzo kogoś lubi albo, przeciwnie, nienawidzi tej osoby lub też z innych względów bardzo chce wierzyć w to, że pewne fakty, ludzie, sprawy są dokładnie takie, za jakie je bierze, będzie wtedy widział wyłącznie to, co chce zobaczyć i słyszał tylko to, co chce usłyszeć i jest mało prawdopodobne, że nawet najbardziej racjonalne wyjaśnienia czy wręcz naoczne udowodnienie mu, iż pomylił się w ocenie doprowadzi do tego, iż uzna on swoje wnioski czy przekonania za fałszywe.
Ciekawą odmianą myślenia życzeniowego jest autosugestia. Przeprowadzano rozmaite psychologiczne eksperymenty z udziałem sportowców, jakich wyniki są co najmniej zastanawiające, a na pewno warte rozważenia. Jeden z nich miał na celu sprawdzenie mechanizmu działania takich zjawisk jak urok, złe spojrzenie czy magiczne zaklęcia mające pozbawić skuteczności i doprowadzić do klęski tych, którym je zaaplikowano. Wbrew pozorom nie jest to wcale śmieszna ani niepoważna historia, ponieważ okazało się, że ci z uczestników zawodów, którzy wiedzieli, iż rzucono na nich rzekomą klątwę radzili sobie dziesięć razy gorzej i dziesięć razy rzadziej trafiali do celu niż ci, którzy nie mieli takiej świadomości i po prostu biegali, strzelali czy skakali. Wniosek, jaki stąd płynie jest zapewne taki, że jeśli wiem o tym, iż coś z takich czy innych powodów nie ma prawa mi się udać, podświadomie zrobię prawdopodobnie wszystko w tym kierunku, aby tak właśnie było, dzięki czemu będę mieć murowany i niemal stuprocentowo pewny efekt. Kiedy więc ktoś doradza Ci, drogi Czytelniku, abyś myślał pozytywnie nie śmiej się z niego i z dawanych przez niego rad. Nie jest to może stuprocentowo logiczne zachowanie, niemniej jednak - biorąc pod uwagę chociażby wyniki powyższego eksperymentu - na pewno lepiej służy Twoim celom i planom niż pesymizm i czarnowidztwo.
niedziela, 13 października 2013
Błąd inspektora Lestrade, czyli o tym, że iluzja zbieżności faktów z naszymi założeniami to nie to samo, co rzeczywista zbieżność faktów z naszymi założeniami
W poprzednim poście była mowa o bardzo popularnym błędzie polegającym na mieszaniu ze sobą faktów i opinii o nich i podawaniu tych drugich za te pierwsze. Z tego, że Zośka nie zgadza się ze mną w dyskusji nie wynika automatycznie, że jest głupia, tak samo jak z tego, że Tomek mi zawsze potakuje nie musi jeszcze wynikać, że to właśnie on jest moim prawdziwym przyjacielem. Jedyne fakty w wyżej wymienionych przypadkach to to, że Zośka ma inne poglądy niż ja na jakiś temat, a Tomek we wszystkim się ze mną zgadza. Powody, dla których tak się zachowują czy zachowali mogą być jednak zupełnie inne niż - niekiedy życzeniowo i powodowani tzw. miłością własną - zakładamy. Zośka może po prostu być inteligentną osobą, która potrafi myśleć krytycznie, ma własne zdanie i umie go bronić, a Tomek może zwyczajnie mieć interes w tym, żeby mi się podlizywać, bo jako, powiedzmy, mój podwładny liczy na podwyżkę czy awans, jednak w głębi duszy szczerze mnie nie znosi i gdyby tylko mógł, utopiłby mnie dosłownie w łyżce zupy. Opacznie interpretując ich zachowania i biorąc swoje własne, subiektywne opinie za rzeczywistość (czyli właśnie za fakty), staję się niezdolna do obiektywnej oceny tego, co zrobili czy jakimi są ludźmi, a tym samym z jednej strony tracę być może szansę na przyjaźń z kimś wartościowym, z drugiej zaś lekceważę prawdziwe niebezpieczeństwo, jakie wiąże się z zaufaniem pokładanym w kimś, kto w gruncie rzeczy ma wobec mnie najdoskonalej fałszywe intencje.
Nieco podobny i równie popularny błąd - pozwolę go sobie nazwać roboczo błędem inspektora Lestrade`a z racji tego, iż w powieściach kryminalnych popełnia go z reguły niezbyt rozgarnięty oponent bystrego detektywa, jakim w opowiadaniach o Sherlocku Holmesie był właśnie Lestrade ze Scotland Yardu - polega na tym, że przyjmujemy jako oczywistość pewne założenie dotyczące jakiejś osoby czy sytuacji, a następnie wszystkie fakty z nią związane dopasowujemy na siłę do owej tezy jako jej niewątpliwe potwierdzenie, niezależnie od stopnia nieporozumienia czy nawet nonsensu, jakiego myślenie takie bywa źródłem. W efekcie teoria, jaka miała nam wyjaśniać daną rzecz czy sprawę prowadzi ostatecznie do tego, że w ogóle nie można jej zrozumieć i okazuje się największą przeszkodą na drodze do tego, aby jakieś wydarzenia zaczęły nam się układać w sensowną całość.
W określony sposób interpretując to, że Tomek we wszystkim się ze mną zgadza, a Zośka mi się sprzeciwia mogę nieco pochopnie przyjąć, że Tomek to mój przyjaciel, a Zośka nie i wszystko, co będą robili interpretować następnie przez pryzmat owych pewników, jako dowód na to, że moje wnioski są słuszne. Jeśli to moje przekonanie czy chęć, żeby tak właśnie było będą dostatecznie silne, będę w nie wierzyć nawet wtedy, gdy Tomek będzie mnie namawiał do działań ewidentnie sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem, przed którymi Zośka będzie mnie uczciwie przestrzegać. Skutki takiego postępowania są stosunkowo łatwe do przewidzenia, bo to, że błędnie oceniam pewne fakty czy sygnały nie wpłynie przecież na to, jakie są one naprawdę, nie zmieni nagle negatywnych okoliczności w pozytywne i nie sprawi, że niepowiązane ze sobą rzeczy zaczną mieć jakiś inny związek niż ten, jaki istnieje w moim umyśle. Dlatego właśnie jeśli pomimo najszczerszych chęci nie możemy znaleźć niczego, co łączyłoby ze sobą jakieś sprawy, które - jak zakładamy - muszą być ze sobą powiązane rozsądnie jest założyć, że jest tak widocznie z tego powodu, że po prostu nie mają one ze sobą nic wspólnego. W przeciwnym razie grozi nam to, że wpadniemy w pułapkę, jaką sami na siebie zastawiliśmy i będziemy mogli o sobie powiedzieć to, co angielski filozof George Berkeley (1685-1753) powiedział kiedyś o zwolennikach niektórych pojęć metafizycznych - "przeważną część trudności, które zagradzały drogę do poznania zawdzięczamy wyłącznie sobie samym: naprzód wznieciliśmy tumany kurzu, a potem uskarżamy się, że nie widzimy". (cytuję za: G. Berkeley, Traktat o zasadach poznania ludzkiego. Trzy dialogi między Hylasem i Filonousem, przełożył J. Leszczyński, Warszawa 1956, s. 9)
Nieco podobny i równie popularny błąd - pozwolę go sobie nazwać roboczo błędem inspektora Lestrade`a z racji tego, iż w powieściach kryminalnych popełnia go z reguły niezbyt rozgarnięty oponent bystrego detektywa, jakim w opowiadaniach o Sherlocku Holmesie był właśnie Lestrade ze Scotland Yardu - polega na tym, że przyjmujemy jako oczywistość pewne założenie dotyczące jakiejś osoby czy sytuacji, a następnie wszystkie fakty z nią związane dopasowujemy na siłę do owej tezy jako jej niewątpliwe potwierdzenie, niezależnie od stopnia nieporozumienia czy nawet nonsensu, jakiego myślenie takie bywa źródłem. W efekcie teoria, jaka miała nam wyjaśniać daną rzecz czy sprawę prowadzi ostatecznie do tego, że w ogóle nie można jej zrozumieć i okazuje się największą przeszkodą na drodze do tego, aby jakieś wydarzenia zaczęły nam się układać w sensowną całość.
W określony sposób interpretując to, że Tomek we wszystkim się ze mną zgadza, a Zośka mi się sprzeciwia mogę nieco pochopnie przyjąć, że Tomek to mój przyjaciel, a Zośka nie i wszystko, co będą robili interpretować następnie przez pryzmat owych pewników, jako dowód na to, że moje wnioski są słuszne. Jeśli to moje przekonanie czy chęć, żeby tak właśnie było będą dostatecznie silne, będę w nie wierzyć nawet wtedy, gdy Tomek będzie mnie namawiał do działań ewidentnie sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem, przed którymi Zośka będzie mnie uczciwie przestrzegać. Skutki takiego postępowania są stosunkowo łatwe do przewidzenia, bo to, że błędnie oceniam pewne fakty czy sygnały nie wpłynie przecież na to, jakie są one naprawdę, nie zmieni nagle negatywnych okoliczności w pozytywne i nie sprawi, że niepowiązane ze sobą rzeczy zaczną mieć jakiś inny związek niż ten, jaki istnieje w moim umyśle. Dlatego właśnie jeśli pomimo najszczerszych chęci nie możemy znaleźć niczego, co łączyłoby ze sobą jakieś sprawy, które - jak zakładamy - muszą być ze sobą powiązane rozsądnie jest założyć, że jest tak widocznie z tego powodu, że po prostu nie mają one ze sobą nic wspólnego. W przeciwnym razie grozi nam to, że wpadniemy w pułapkę, jaką sami na siebie zastawiliśmy i będziemy mogli o sobie powiedzieć to, co angielski filozof George Berkeley (1685-1753) powiedział kiedyś o zwolennikach niektórych pojęć metafizycznych - "przeważną część trudności, które zagradzały drogę do poznania zawdzięczamy wyłącznie sobie samym: naprzód wznieciliśmy tumany kurzu, a potem uskarżamy się, że nie widzimy". (cytuję za: G. Berkeley, Traktat o zasadach poznania ludzkiego. Trzy dialogi między Hylasem i Filonousem, przełożył J. Leszczyński, Warszawa 1956, s. 9)
czwartek, 3 października 2013
Dalsze rozważania o błędach myślowych - czy stwierdzenie faktu jest tym samym co nasza opinia na jego temat?
W poprzednim poście pisałam między innymi o powodach, dla których tak chętnie myślimy upraszczającymi uogólnieniami i przyjmujemy wyjaśnienia, jakie bazują nie na rzetelnej analizie jakiegoś zagadnienia, ale na popularnych stereotypach niewymagających w zasadzie w ogóle refleksji nad tym, czego przyczyny rzekomo chcemy poznać. Wspominałam o tym, że kiedy wybieramy taki redukcjonistyczny, a tym samym daleki od obiektywizmu sposób postrzegania świata kierujemy się nie tylko tym, że zwyczajnie nie chce nam się myśleć. Jest tak również dlatego, że mamy potrzebę życia w uporządkowanej, sensownej rzeczywistości, więc nawet wtedy, kiedy nie mamy dobrych empirycznych dowodów na słuszność jakiejś popularnej, obiegowej opinii łatwo i przystępnie tłumaczącej ten czy inny trudny albo paradoksalny problem, wolimy raczej przyjąć takie niepełne, potoczne wyjaśnienie, które pomimo swej niekompletności ratuje zwykły porządek rzeczy, niż przyznać się przed samymi sobą, że nie rozumiemy jakiejś sytuacji czy zjawiska, jakie są być może na tyle skomplikowane, iż nie da się ich przypisać do żadnej z dotychczas "działających" kategorii, w ramach których mieliśmy zwyczaj rozumować do tej pory.
Z bardzo podobnym błędem mamy do czynienia, kiedy formułujemy sądy o faktach, które wprawdzie wydarzyły się przy nas, jednak wyciągamy przy tym wnioski zbyt daleko idące, które obejmują również takie zagadnienia, jakich świadkami nie byliśmy, o jakich nic de facto nie wiemy i jakie - jak powiedziałby może Kant - wykraczają poza granice naszego doświadczenia. Jest to ten rodzaj błędu, który wszyscy popełniamy często z tej prostej racji, iż wnioskując kierujemy się z reguły potocznymi skojarzeniami, jakie mogą prowadzić nas na zupełne myślowe manowce. Ktoś mówi na przykład: "Kowalska jest ciężko chora. Wiem to na pewno, bo ostatnio stale spotykam ją koło szpitala", nie biorąc w ogóle pod uwagę, że wydarzenie, na który się powołuje może mieć jakąś zupełnie niegroźną przyczynę, chociażby taką, że wspomniana Kowalska po prostu podjęła tam pracę w sklepie spożywczym i dlatego często bywa w okolicy. Analogiczna sytuacja ma miejsce wtedy, kiedy na bazie takich nieco przypadkowych, niekoniecznie reprezentatywnych dla problemu zdarzeń formułujemy opinię o czyimś charakterze. "Zośka na pewno jest niemoralna i głupia, bo rozmawiałem z nią wczoraj i nie podziela moich poglądów politycznych (religijnych)" - oczywiście jedno z drugim nie ma nic wspólnego, bo to, iż ktoś posiada odmienne od naszych zapatrywania na coś czy wyznaje odmienny światopogląd wcale nie dowodzi ani głupoty, ani braku zasad etycznych i tak naprawdę może się mieć nijak do tego, jakim on czy ona jest człowiekiem (o czym znacznie więcej powie nam postępowanie tej osoby czy to, jak traktuje ona innych ludzi).
Ten ostatni typ błędu pojawia się zwłaszcza tam, gdzie w grę wchodzą kwestie wartościowania, poglądów i ocen etycznych. Każdy z nas posiada jakąś hierarchię wartości czy ogół przekonań dotyczących świata, życia oraz innych osób, przez pryzmat których postrzega rzeczywistość i dokonuje wyborów. Niekiedy zdarza się jednak tak, że nasze przeświadczenia w tej sferze są dla nas na tyle ważne, iż przesłaniają nam rzeczywistość. W efekcie nie umiemy obiektywnie ocenić czegoś, co się wydarzyło, ponieważ na wszystko patrzymy z perspektywy naszych założeń i nie oddzielamy od siebie tego, czego faktycznie doświadczyliśmy od opinii o tym, jakiej źródłem są owe przekonania. W podanym wyżej przykładzie jedyne bezsporne fakty to to, że ktoś rozmawiał z Zośką i że w trakcie tej rozmowy wyszło na jaw, iż w tej czy innej sprawie nie podzielają oni nawzajem swoich poglądów. Jednak to, że Zośka jest głupia czy zła nie jest faktem, tylko czysto subiektywną opinią tego, kto ją formułuje. Jakie inne konsekwencje mogą płynąć z tego, że nie odróżniamy przyjętych przez nas a priori założeń czy wartości od konkretnych faktów, które mogą, ale nie muszą ich potwierdzać? O tym napiszę w następnych postach.
Z bardzo podobnym błędem mamy do czynienia, kiedy formułujemy sądy o faktach, które wprawdzie wydarzyły się przy nas, jednak wyciągamy przy tym wnioski zbyt daleko idące, które obejmują również takie zagadnienia, jakich świadkami nie byliśmy, o jakich nic de facto nie wiemy i jakie - jak powiedziałby może Kant - wykraczają poza granice naszego doświadczenia. Jest to ten rodzaj błędu, który wszyscy popełniamy często z tej prostej racji, iż wnioskując kierujemy się z reguły potocznymi skojarzeniami, jakie mogą prowadzić nas na zupełne myślowe manowce. Ktoś mówi na przykład: "Kowalska jest ciężko chora. Wiem to na pewno, bo ostatnio stale spotykam ją koło szpitala", nie biorąc w ogóle pod uwagę, że wydarzenie, na który się powołuje może mieć jakąś zupełnie niegroźną przyczynę, chociażby taką, że wspomniana Kowalska po prostu podjęła tam pracę w sklepie spożywczym i dlatego często bywa w okolicy. Analogiczna sytuacja ma miejsce wtedy, kiedy na bazie takich nieco przypadkowych, niekoniecznie reprezentatywnych dla problemu zdarzeń formułujemy opinię o czyimś charakterze. "Zośka na pewno jest niemoralna i głupia, bo rozmawiałem z nią wczoraj i nie podziela moich poglądów politycznych (religijnych)" - oczywiście jedno z drugim nie ma nic wspólnego, bo to, iż ktoś posiada odmienne od naszych zapatrywania na coś czy wyznaje odmienny światopogląd wcale nie dowodzi ani głupoty, ani braku zasad etycznych i tak naprawdę może się mieć nijak do tego, jakim on czy ona jest człowiekiem (o czym znacznie więcej powie nam postępowanie tej osoby czy to, jak traktuje ona innych ludzi).
Ten ostatni typ błędu pojawia się zwłaszcza tam, gdzie w grę wchodzą kwestie wartościowania, poglądów i ocen etycznych. Każdy z nas posiada jakąś hierarchię wartości czy ogół przekonań dotyczących świata, życia oraz innych osób, przez pryzmat których postrzega rzeczywistość i dokonuje wyborów. Niekiedy zdarza się jednak tak, że nasze przeświadczenia w tej sferze są dla nas na tyle ważne, iż przesłaniają nam rzeczywistość. W efekcie nie umiemy obiektywnie ocenić czegoś, co się wydarzyło, ponieważ na wszystko patrzymy z perspektywy naszych założeń i nie oddzielamy od siebie tego, czego faktycznie doświadczyliśmy od opinii o tym, jakiej źródłem są owe przekonania. W podanym wyżej przykładzie jedyne bezsporne fakty to to, że ktoś rozmawiał z Zośką i że w trakcie tej rozmowy wyszło na jaw, iż w tej czy innej sprawie nie podzielają oni nawzajem swoich poglądów. Jednak to, że Zośka jest głupia czy zła nie jest faktem, tylko czysto subiektywną opinią tego, kto ją formułuje. Jakie inne konsekwencje mogą płynąć z tego, że nie odróżniamy przyjętych przez nas a priori założeń czy wartości od konkretnych faktów, które mogą, ale nie muszą ich potwierdzać? O tym napiszę w następnych postach.
sobota, 21 września 2013
Rozważań o popularnych błędach w myśleniu i rozmaitych złudzeniach umysłu ciąg dalszy
W poprzednim poście była mowa między innymi o jednym z najpopularniejszych błędów myślowych, jaki polega na tym, że pogląd, który żywi większość jesteśmy niezwykle często skłonni uznawać automatycznie za prawdziwy, pomimo iż logicznie rzecz biorąc powszechność jakiegoś stwierdzenia nie jest żadnym dowodem jego słuszności i ma się nijak do tego, czy jest ono prawdziwe, czy też nie. Jest tak dlatego, ponieważ z czysto logicznego punktu widzenia opinia może być zarówno rozpowszechniona i błędna, jak też rozpowszechniona i prawdziwa, podzielana przez niewielką liczbę osób i błędna, a wreszcie podzielana przez niewielką liczbę osób, lecz prawdziwa, z czego wynika, iż na podstawie samej takiej informacji - że wielu ludzi uważa czy mówi, iż sprawy mają się jakoś tam - nie sposób w zasadzie nic jednoznacznie orzec na temat tego, jak się one mają faktycznie, i to nawet jeśli taka informacja może być pewną przesłanką - może należałoby powiedzieć w tym miejscu: hipotezą czy założeniem - jakie warto wziąć pod uwagę i przynajmniej rozważyć, badając czy analizując jakiś problem albo zagadnienie.
Jak powstają takie popularne, lecz nie zawsze zgodne z samą rzeczywistością wyobrażenia dotyczące tego, czym albo jaka ona jest jako całość lub rozpatrywana pod takim czy innym swoim kątem? Jak się wydaje, duże znaczenie ma tutaj tradycja i wychowanie, czyli pewien ogół przekonań oraz utrwalonych powtarzalnością wzorców zachowań, jakie dziedziczymy z pokolenia na pokolenie i uczymy się na tej samej zasadzie co języka ojczystego. Inny możliwy powód to skłonność naszego umysłu do uogólniania, która z jednej strony - o tyle, o ile zachowujemy dyscyplinę myślową i postępujemy metodycznie, a zarazem refleksyjnie - prowadzi do stworzenia pojęć i kategorii, jakie stanowią bazę wszelkiej metodologii naukowej, z drugiej jednak w sferze ex definitione nienaukowego myślenia potocznego szalenie często przeradza się w coś, co Franciszek Bacon nazywał fałszywą indukcją, opartą na pochopnych i przedwczesnych uogólnieniach, których źródłem wcale nie jest myślenie logiczne, ale wyłącznie rodzaj mentalnego lenistwa i niechęć do dociekania prawdziwych przyczyn pewnych zjawisk tam, gdzie pod ręką znajduje się jakieś proste, pozornie logiczne, dające komfort posiadania odpowiedzi wyjaśnienie.
U podłoża takich stereotypów i uogólnień - rzecz jasna poza właściwymi zdecydowanej większości przedstawicieli gatunku homo sapiens lenistwem i niechęcią do samodzielnego myślenia tam, gdzie na podorędziu funkcjonuje jakieś wygodne, gotowe, standardowo słuszne, oczywiste jak kultura masowa i dostępne jak hamburger z McDonalds`a rozwiązanie (które z daniem tym łączy także to, że jest ono równie niepełnowartościowym, syntetycznym i niezdrowym posiłkiem dla umysłu, co hamburger dla organizmu) - leży również, jak się wydaje, skłonność do rozumowania w kategoriach metafizycznych oraz niezdolność do odróżniania faktów od opinii o nich. Do tego drugiego zagadnienia wrócę w jednym z następnych wpisów, teraz zaś pozwolę sobie powiedzieć kilka słów na temat pierwszego z nich, czyli myślenia metafizycznego.
Na czym ono konkretnie polega? Najogólniej rzecz ujmując, ten typ błędu pojawia się wszędzie tam, gdzie twierdzimy, że coś wiemy i wypowiadamy się jako o pewnikach o sprawach, które, jak określił to żyjący ponad dwa tysiące lat po Sokratesie Immanuel Kant, znajdują się poza granicami naszego doświadczenia, a niekiedy wszelkiego empirycznego doświadczenia w ogóle i które w związku z tym mogłyby w najlepszym razie być jedynie przedmiotem naszych przypuszczeń. Jest on co najmniej równie popularny i równie częsty co myślenie stereotypami i podobnie jak ono stanowi konsekwencję tego, że większość z nas dąży do tego, aby mieć własne zdanie na różne tematy i szybko oraz łatwo rozprawić się z niewygodnymi sprzecznościami czy dylematami, więc nawet jeśli - ze względu na - jak ujmował to Kartezjusz - przyrodzoną ograniczoność (skończoność) ludzkiego umysłu albo brak empirycznej wiedzy o czymś związany z tym, że gdzieś tam nas nie było czy coś tam nie działo się przy nas - nie mamy szczególnie dobrych podstaw do formułowania jakichkolwiek twierdzeń na ten temat, mimo to z wielką chęcią ferujemy bardzo niekiedy kategoryczne werdykty, które potem w zetknięciu z tak zwanymi twardymi realiami mogą się okazać kompletnie bzdurne.
Słowem, gdybyśmy chcieli w tym momencie zachować rzetelność myślową i rozumować rzeczywiście racjonalnie, powinniśmy wyraźnie oddzielić od siebie to, co wiemy od tego, co nam się tylko wydaje, że wiemy, jak też znane nam, potwierdzone fakty od ocen, komentarzy i innego rodzaju sądów wartościujących. Dlaczego jest to tak trudne, a jednocześnie niezbędne do tego, aby postrzegać rzeczywistość w sposób naprawdę obiektywny i sprawiedliwy? O tym napiszę w następnych postach.
Jak powstają takie popularne, lecz nie zawsze zgodne z samą rzeczywistością wyobrażenia dotyczące tego, czym albo jaka ona jest jako całość lub rozpatrywana pod takim czy innym swoim kątem? Jak się wydaje, duże znaczenie ma tutaj tradycja i wychowanie, czyli pewien ogół przekonań oraz utrwalonych powtarzalnością wzorców zachowań, jakie dziedziczymy z pokolenia na pokolenie i uczymy się na tej samej zasadzie co języka ojczystego. Inny możliwy powód to skłonność naszego umysłu do uogólniania, która z jednej strony - o tyle, o ile zachowujemy dyscyplinę myślową i postępujemy metodycznie, a zarazem refleksyjnie - prowadzi do stworzenia pojęć i kategorii, jakie stanowią bazę wszelkiej metodologii naukowej, z drugiej jednak w sferze ex definitione nienaukowego myślenia potocznego szalenie często przeradza się w coś, co Franciszek Bacon nazywał fałszywą indukcją, opartą na pochopnych i przedwczesnych uogólnieniach, których źródłem wcale nie jest myślenie logiczne, ale wyłącznie rodzaj mentalnego lenistwa i niechęć do dociekania prawdziwych przyczyn pewnych zjawisk tam, gdzie pod ręką znajduje się jakieś proste, pozornie logiczne, dające komfort posiadania odpowiedzi wyjaśnienie.
U podłoża takich stereotypów i uogólnień - rzecz jasna poza właściwymi zdecydowanej większości przedstawicieli gatunku homo sapiens lenistwem i niechęcią do samodzielnego myślenia tam, gdzie na podorędziu funkcjonuje jakieś wygodne, gotowe, standardowo słuszne, oczywiste jak kultura masowa i dostępne jak hamburger z McDonalds`a rozwiązanie (które z daniem tym łączy także to, że jest ono równie niepełnowartościowym, syntetycznym i niezdrowym posiłkiem dla umysłu, co hamburger dla organizmu) - leży również, jak się wydaje, skłonność do rozumowania w kategoriach metafizycznych oraz niezdolność do odróżniania faktów od opinii o nich. Do tego drugiego zagadnienia wrócę w jednym z następnych wpisów, teraz zaś pozwolę sobie powiedzieć kilka słów na temat pierwszego z nich, czyli myślenia metafizycznego.
Na czym ono konkretnie polega? Najogólniej rzecz ujmując, ten typ błędu pojawia się wszędzie tam, gdzie twierdzimy, że coś wiemy i wypowiadamy się jako o pewnikach o sprawach, które, jak określił to żyjący ponad dwa tysiące lat po Sokratesie Immanuel Kant, znajdują się poza granicami naszego doświadczenia, a niekiedy wszelkiego empirycznego doświadczenia w ogóle i które w związku z tym mogłyby w najlepszym razie być jedynie przedmiotem naszych przypuszczeń. Jest on co najmniej równie popularny i równie częsty co myślenie stereotypami i podobnie jak ono stanowi konsekwencję tego, że większość z nas dąży do tego, aby mieć własne zdanie na różne tematy i szybko oraz łatwo rozprawić się z niewygodnymi sprzecznościami czy dylematami, więc nawet jeśli - ze względu na - jak ujmował to Kartezjusz - przyrodzoną ograniczoność (skończoność) ludzkiego umysłu albo brak empirycznej wiedzy o czymś związany z tym, że gdzieś tam nas nie było czy coś tam nie działo się przy nas - nie mamy szczególnie dobrych podstaw do formułowania jakichkolwiek twierdzeń na ten temat, mimo to z wielką chęcią ferujemy bardzo niekiedy kategoryczne werdykty, które potem w zetknięciu z tak zwanymi twardymi realiami mogą się okazać kompletnie bzdurne.
Słowem, gdybyśmy chcieli w tym momencie zachować rzetelność myślową i rozumować rzeczywiście racjonalnie, powinniśmy wyraźnie oddzielić od siebie to, co wiemy od tego, co nam się tylko wydaje, że wiemy, jak też znane nam, potwierdzone fakty od ocen, komentarzy i innego rodzaju sądów wartościujących. Dlaczego jest to tak trudne, a jednocześnie niezbędne do tego, aby postrzegać rzeczywistość w sposób naprawdę obiektywny i sprawiedliwy? O tym napiszę w następnych postach.
sobota, 7 września 2013
Czy powszechność jakiegoś poglądu jest wprost proporcjonalna do jego prawdziwości?
W poprzednim poście była mowa o tym, że brak związku między słowami i czynami, a także między głoszonymi poglądami i życiem jednostki może prowadzić do sytuacji, w której to, co mówimy - nawet jeśli będzie logiczne i spójne w obrębie samej wypowiedzi - w ogóle nie zostanie zrozumiane przez odbiorcę, a tym samym sama komunikacja stanie się de facto niemożliwa, względnie przybierze czysto formalny, zewnętrzny charakter. W tym sensie związek słów z rzeczywistością, jakkolwiek wykracza poza system językowy jako taki, stanowi warunek sine qua non zachowania koherencji rozumowania, a w związku z tym zbyt duże zachwianie proporcji w tej dziedzinie może zostać odebrane właśnie jako coś w rodzaju błędu w argumentacji, jaki sprawia, iż nie trafia ona do tych, których miałaby przekonać.
Jakie inne często popełniane przez nadawców i odbiorców błędy sprawiają, że dogadanie się staje się trudne, a w skrajnych przypadkach wręcz niemożliwe? Jak się wydaje, jednymi z bardziej popularnych są tak zwane stereotypy myślowe, czyli różnego rodzaju przedzałożenia i uprzedzenia, z jakimi obydwie strony wchodzą w akt komunikowania się. Mogą to być na przykład rozmaite pozorne oczywistości, czyli takie przekonania i sądy, jakie kształtują się zazwyczaj pod wpływem otoczenia, w którym funkcjonujemy i jakie uważamy za pewniki i niekwestionowane, uniwersalne prawdy, ponieważ są one szeroko rozpowszechnione.
Rzecz jasna z czysto logicznego punktu widzenia fakt, iż w danych kategoriach myśli i postrzega świat bardzo wielu ludzi nie ma żadnego przełożenia na prawdziwość czy fałszywość owych opinii. Pogląd może być podzielany przez 90 procent społeczeństwa, nie przestając wcale być fałszywym, i vice versa - coś może być prawdą, pomimo iż twierdzi tak jedynie niewielka grupka zwolenników jakiejś teorii. W czasach starożytnych oraz w średniowieczu panowało powszechne przekonanie, że Ziemia znajduje się w centrum wszechświata, które w pewnym momencie pod wpływem licznych odkryć, badań empirycznych i rozwoju nauk pozytywnych ustąpiło równie powszechnemu poglądowi, iż jest dokładnie odwrotnie i że podobnie jak inne planety w Układzie Słonecznym obraca się ona dookoła Słońca. Powyższy przykład bardzo dobrze pokazuje, że prawdziwość czy fałszywość tez i stwierdzeń ma się w zasadzie nijak do tego, ile osób je podziela, bo tak zwane obiektywne fakty czy rzeczy pozostają takie jakie są niezależnie od tego, czy je uznajemy, czy nie.
Słowem, powszechność jakiegoś poglądu to bardzo słaby, by nie rzec - żaden dowód jego prawdziwości. Powszechne bywają chociażby mity, które ex definitione nie mają nic wspólnego z prawdą. Co więcej, takie rzekomo rozumiejące się same przez się, bo przecież wyznawane przez wielu przekonania mogą dotyczyć bardzo różnorodnych spraw - wartości, innych ludzi, postaw, samej rzeczywistości etc. Kiedy rozpoczynamy dialog z drugą osobą, z reguły wchodzimy w tę sytuację z całkiem sporą ilością takich - jak się nam wydaje - niewymagających dowodzenia założeń, których nie zawsze jesteśmy w pełni świadomi. Problem powstaje wtedy, kiedy nagle okazuje się, że aksjomaty przyjęte przez interlokutora są przypadkiem zupełnie odmienne od naszych. Może się wtedy zdarzyć, że będziemy posługiwać się tymi samymi terminami i mówić rzekomo o tej samej sprawie czy osobie, ale mieć na myśli de facto zupełnie inne byty i zupełnie inną rzeczywistość.
Dlatego właśnie Sokrates przywiązywał tak wielką wagę do tego, aby precyzyjnie i jednoznacznie definiować terminy i pojęcia, jakich używamy w dyskusji i odrzucać to, co w naszym ich rozumieniu jest przypadkowe, niepewne i stanowi efekt nie naszej faktycznej wiedzy, lecz jedynie podzielanego z innymi ludźmi stereotypu dotyczącego przedmiotu rozmowy. Tylko w ten sposób uniknie się bowiem nieporozumień komunikacyjnych, a zarazem zagwarantuje się myślową uczciwość, domagającą się od filozofa, aby pozostawał wierny nie złudnym mniemaniom o rzeczywistości, jakie żywią ludzie, lecz jej samej.
Co z tego wynika i jakie jeszcze błędy myślowe sprawiają, że komunikacja z innymi tak często nas zawodzi? O tym napiszę w następnych postach.
Dlatego właśnie Sokrates przywiązywał tak wielką wagę do tego, aby precyzyjnie i jednoznacznie definiować terminy i pojęcia, jakich używamy w dyskusji i odrzucać to, co w naszym ich rozumieniu jest przypadkowe, niepewne i stanowi efekt nie naszej faktycznej wiedzy, lecz jedynie podzielanego z innymi ludźmi stereotypu dotyczącego przedmiotu rozmowy. Tylko w ten sposób uniknie się bowiem nieporozumień komunikacyjnych, a zarazem zagwarantuje się myślową uczciwość, domagającą się od filozofa, aby pozostawał wierny nie złudnym mniemaniom o rzeczywistości, jakie żywią ludzie, lecz jej samej.
Co z tego wynika i jakie jeszcze błędy myślowe sprawiają, że komunikacja z innymi tak często nas zawodzi? O tym napiszę w następnych postach.
niedziela, 1 września 2013
Kilka uwag na temat wpływu zgodności między tym, co się mówi i tym, co się robi na spójność i skuteczność przekazu (z nieustającym odniesieniem do Sokratesa)
W poprzednim poście była mowa o relacjach między językiem, jakiego używamy i naszym życiem oraz postawami, jakie zajmujemy, czyli, mówiąc najogólniej, między logiką i etyką. Zanim przejdę do zapowiedzianego wcześniej przeglądu najczęściej popełnianych błędów myślowych, chciałabym wrócić na chwilę do Sokratesa i przyjrzeć się pewnej kwestii związanej z tą postacią, która, jak się wydaje, niesie ze sobą interesujący potencjał interpretacyjny, także w szeroko rozumianym kontekście sztuki argumentacji i komunikacji.
Mam tutaj na myśli coś, co najkrócej można by określić jako związek tego, co się głosi z własnym życiem, czyli z faktycznie przyjętym przez siebie sposobem postępowania. Aby nasz przekaz faktycznie dotarł do odbiorcy, został przez niego zrozumiany i abyśmy mogli go przekonać do prawdziwości naszych poglądów, musi zachodzić pewna spójność między tymi dwoma wspomnianymi wyżej czynnikami. Sokrates, który w 399 roku p.n.e. został skazany na śmierć przez ateński sąd za głoszone przez siebie przekonania, jakie dla wielu ludzi w owych czasach były niewygodne, bo zmuszały do myślenia i który przyjął ów niesprawiedliwy wyrok właśnie w imię wierności sobie daje przykład takiej najdalej posuniętej konsekwencji w tej dziedzinie, przeczuwając i rozumiejąc, iż w przeciwnym razie jego filozofia i światopogląd, który głosił nie byłyby po prostu dla nikogo wiarygodne.
Ta konieczność zachowania pewnej choćby elementarnej zgodności między tym, co się mówi i realnym kontekstem, w jakim ów komunikat jest wygłaszany, tak aby nie powodować u odbiorcy zbyt daleko idącego dysonansu poznawczego, jaki grozi tym, iż w ogóle nie zostaniemy zrozumiani to, jak się wydaje, po prostu jedna z fundamentalnych zasad poprawnej, skutecznej komunikacji. Co więcej, ma ona przełożenie na sytuacje, z jakimi często spotykamy się w codziennym życiu. Oto przykład - wyobraźmy sobie, że przedstawiciele jakiejś instytucji wywieszają listę osób, których skargi, prośby czy wnioski nie zostały przez nich pozytywnie rozpatrzone na papierze ozdobionym u góry szlaczkiem w serduszka. Czy jest sensownie przypuszczać, że te osoby odniosą dzięki temu wrażenie, iż są kochane przez wyżej wspomnianą instytucję? Czy nie byłoby w tym momencie bardziej logiczne takie założenie, że odbiorą to raczej jako rodzaj szyderstwa?
Ten typ błędu myślowo-komunikacyjnego bardzo często popełniają oderwani od tak zwanych realiów życiowych politycy, twierdząc na przykład, iż jest dobrze i że nie ma powodów do narzekań, ponieważ mamy wysokie PKB albo - to mój ulubiony argument - średnie wynagrodzenie w ostatnim kwartale wyniosło 4500 zł. Jeśli sumę zarobków szefa (którego pensja wynosi, powiedzmy, 8500 zł) i szeregowego pracownika (który zarabia 500 zł) podzielimy na dwa, faktycznie wyjdzie średnio 4500 zł na osobę, jednak powstaje pytanie, czy od tego z odbiorców, który zarabia właśnie owe 500 zł można oczekiwać, że także uwierzy w prawdziwość komunikatu, iż jest dobrze, a instytucje rządowe, które tak twierdzą i które jako dowód na to podają owe 4500 zł średniej pensji działają w jego interesie?
Jakkolwiek nie ma to może bezpośredniego związku z Sokratesem, który ekonomią jako taką raczej się nie zajmował, zasada zgodności treści komunikatu z kontekstem i czynami jest na tyle uniwersalna, iż - co unaocznia powyższy przykład - ma zastosowanie również w pozornie tylko nieinteresującym z perspektywy filozofa codziennym życiu. Z punktu widzenia logiki i skuteczności komunikacji ważna jest nie tylko sama treść przekazu, ale także to, jak ma się ona do faktów. Jeśli takiej podstawowej choćby zgodności brak, to niezależnie od tego, co powiemy expressis verbis odbiorca może i tak usłyszeć coś najdokładniej sprzecznego z naszymi oczekiwaniami. Dlatego nieraz zadając sobie pytanie o to, z jakiego powodu nasz - jak się nam wydaje, zupełnie dobry argument - nie trafia do adresata, warto rozważyć właśnie ów rzeczywisty kontekst i szczerze odpowiedzieć sobie samemu na pytanie, czy zadbaliśmy o to, aby - jak choćby w przypadku rządowych zapewnień o tym, że jest fantastycznie - był on równie afirmatywny i napawający entuzjazmem jak to, co się na ten temat mówi.
piątek, 23 sierpnia 2013
Czy logiczne myślenie może pomóc w samopoznaniu, czyli co logika i język, jakim się posługujemy mają wspólnego z etyką?
Czy logiczne myślenie może przysłużyć się lepszemu samopoznaniu? Sokrates zakładał, że tak, czego dowodzi chociażby przyjęta przez niego metoda zbijania fałszywych mniemań, która polegała, jak pamiętamy, właśnie na analizowaniu sposobu, w jaki rozumiemy różne ważne pojęcia i terminy, takie jak dobro, prawda czy sprawiedliwość, ustalaniu, czym one na pewno wbrew obiegowej opinii nie są i tym samym tworzeniu przestrzeni, gdzie może pojawić się jakieś ich rzeczywiste, faktyczne znaczenie. Jeśli, jak mniemał Sokrates, rozumiemy pojęcia, którymi posługujemy się w rozmowach i język, jakim mówimy będziemy też rozumieć samych siebie. Z kolei ten, kto rozumie siebie będzie też wiedział, co robi, a tym samym nie będzie popełniał popularnych błędów, jakich źródłem jest wewnętrzny bałagan i niezdolność zdania sobie sprawy z tego, co naprawdę sądzi się czy wie na jakiś temat oraz oddzielenia tego, co wiemy od tego, czego się tylko domyślamy względnie od poglądów obiegowych, opierających się na tym, co uważa tak zwany szeroki ogół.
Ten związek języka, jakiego używamy z czymś, co można by określić jako ogólną postawę człowieka, jego czy jej stosunek do świata i siebie samego/samej był dostrzegany i podkreślany także przez filozofów działających w późniejszych epokach. Na przykład anglikański biskup George Berkeley (1685-1753), przedstawiciel empiryzmu uważał, że większość nieporozumień, z jakimi mamy do czynienia nie tylko w nauce bierze się właśnie z takiego nieprecyzyjnego użycia języka prowadzącego do powstawania złudzeń słownych, bytów i problemów czysto werbalnych i polegającego między innymi na tym, że używamy tych samych słów, lecz zupełnie co innego przez nie rozumiemy. Podobnego poglądu bronili na początku XX wieku przedstawiciele Szkoły Lwowsko-Warszawskiej, dla których operowanie jasnym i jednoznacznym językiem stanowiło postulat zarazem metodologiczny i etyczny i było wyznacznikiem pewnej preferowanej postawy, opartej na przekonaniu, iż zarówno w filozofii, jak też w życiu najważniejszą wartością jest prawda oraz związany z nią szacunek do rzeczywistości, jaki stanowi warunek sine qua non intelektualnej i moralnej uczciwości.
Tylko jeśli wiem, co myślę i o czym mówię, rozumiem siebie. Tylko wtedy, kiedy rozumiem siebie mogę dokonywać świadomych wyborów moralnych i tym samym żyć w zgodzie z własnym sumieniem. Co więcej, tylko jeśli rozumiem to, o czym mówię mogę z przekonaniem argumentować na rzecz swoich poglądów i ich skutecznie i przekonująco dla innych bronić. Nie da się tego osiągnąć przy założeniu, że moje poglądy to nie moje prawdziwe, przemyślane przekonania, ale niejasny również dla mnie samej zlepek przeróżnych mniej czy bardziej wieloznacznych, a może i sprzecznych wewnętrznie stwierdzeń, po większej części zapożyczonych z gazet, mediów oraz tego, co mówią ludzie, czyli szeroki ogół.
Jakie błędy w myśleniu popełniamy najczęściej i co zrobić, żeby ich unikać? O tym napiszę w następnych postach.
Ten związek języka, jakiego używamy z czymś, co można by określić jako ogólną postawę człowieka, jego czy jej stosunek do świata i siebie samego/samej był dostrzegany i podkreślany także przez filozofów działających w późniejszych epokach. Na przykład anglikański biskup George Berkeley (1685-1753), przedstawiciel empiryzmu uważał, że większość nieporozumień, z jakimi mamy do czynienia nie tylko w nauce bierze się właśnie z takiego nieprecyzyjnego użycia języka prowadzącego do powstawania złudzeń słownych, bytów i problemów czysto werbalnych i polegającego między innymi na tym, że używamy tych samych słów, lecz zupełnie co innego przez nie rozumiemy. Podobnego poglądu bronili na początku XX wieku przedstawiciele Szkoły Lwowsko-Warszawskiej, dla których operowanie jasnym i jednoznacznym językiem stanowiło postulat zarazem metodologiczny i etyczny i było wyznacznikiem pewnej preferowanej postawy, opartej na przekonaniu, iż zarówno w filozofii, jak też w życiu najważniejszą wartością jest prawda oraz związany z nią szacunek do rzeczywistości, jaki stanowi warunek sine qua non intelektualnej i moralnej uczciwości.
Tylko jeśli wiem, co myślę i o czym mówię, rozumiem siebie. Tylko wtedy, kiedy rozumiem siebie mogę dokonywać świadomych wyborów moralnych i tym samym żyć w zgodzie z własnym sumieniem. Co więcej, tylko jeśli rozumiem to, o czym mówię mogę z przekonaniem argumentować na rzecz swoich poglądów i ich skutecznie i przekonująco dla innych bronić. Nie da się tego osiągnąć przy założeniu, że moje poglądy to nie moje prawdziwe, przemyślane przekonania, ale niejasny również dla mnie samej zlepek przeróżnych mniej czy bardziej wieloznacznych, a może i sprzecznych wewnętrznie stwierdzeń, po większej części zapożyczonych z gazet, mediów oraz tego, co mówią ludzie, czyli szeroki ogół.
Jakie błędy w myśleniu popełniamy najczęściej i co zrobić, żeby ich unikać? O tym napiszę w następnych postach.
środa, 7 sierpnia 2013
Czy metoda sokratejska pomaga w samopoznaniu?
W poprzednim poście była mowa o tym, że Sokrates uważał samopoznanie za ważne, a być może nawet kluczowe dla człowieka między innymi dlatego, bo był przekonany, iż jest to ten typ wiedzy i prawdy, jakiego oczekuje od nas i jaki stara się na przekazać sam bóg. Jeśli chcemy żyć autentycznie i w zgodzie ze sobą, nie unikniemy zadawania sobie pytań o to, kim naprawdę jesteśmy i o co nam w życiu chodzi, jednak aby móc udzielić na nie szczerej, a jednocześnie wnoszącej coś w praktycznym tego słowa sensie odpowiedzi, powinniśmy podejść do tego zagadnienia w sposób refleksyjny, a zarazem metodyczny.
Jak wspominałam, Sokrates opracował taką metodę, którą określamy mianem dialektyki. Z naszego punktu widzenia interesująca jest zwłaszcza jej pierwsza, negatywna, krytyczna część, zwana także elenktyką. Polega ona na zbijaniu fałszywych twierdzeń rozmówcy, obalaniu rozmaitych pozornych oczywistości i wykazywaniu mu w ten sposób, iż co się tyczy rzeczywiście ważnych, fundamentalnych kwestii - takich jak prawda, dobro, sprawiedliwość, szczęście czy mądrość - żywi on jedynie złudne mniemania, jakie przejmuje na bezrefleksyjnej zasadzie od innych ludzi i jakie opacznie myli z wiedzą o tych sprawach.
Czy stosując tę metodę jesteśmy w stanie lepiej poznać samych siebie i przybliżyć się do odpowiedzi na pytanie kim jesteśmy? Jak się wydaje, jest to zupełnie sensowne przypuszczenie. Takie czynniki jak tradycja, język, wychowanie czy społeczeństwo są wprawdzie, jak dowodzą antropologowie, niezbędne do tego, abyśmy w ogóle uzyskali koherentną osobowość i tożsamość, jednak ze względu na to, iż mają one zawsze charakter partykularny, a nie powszechny, wzięte zbyt dosłownie mogą usuwać nam z pola widzenia fakt, że w końcu niezależnie od owych kulturowych, społecznych oczekiwań czy pewników jesteśmy przede wszystkim i w pierwszej kolejności po prostu ludźmi, a dopiero po drugie tymi konkretnymi, zawsze bardzo dobrze określonymi osobami, które chcą w nas widzieć rodzice, krewni, nauczyciele w szkole, szef, koledzy w pracy, przywódcy polityczni czy dyrektorzy korporacji opracowujący strategie marketingowe. I, co więcej, mamy nie tylko pewne zobowiązania wynikające z tytułu ról, jakie pełnimy w społeczeństwie, ale także pewne uniwersalne obowiązki wobec innych, świata i siebie wynikające właśnie z tego, że jesteśmy wszyscy rozumnymi, myślącymi, czującymi istotami.
Ta sokratejska metoda krytyczna była oparta w dużej mierze na analizie języka, jakim mówimy i zakładała konieczność precyzyjnego definiowania - jak się pozornie wydaje, zupełnie oczywistych - pojęć i terminów, jakimi posługujemy się w codziennej komunikacji. Czy i w jaki sposób takie uporządkowane, logiczne i analityczne myślenie może przekładać się na lepsze rozumienie siebie, czyli, inaczej mówiąc, jakie znaczenie dla etyki i życia autentycznego, w zgodzie ze sobą ma jasność myśli i język, jakim o owej egzystencji, planach, decyzjach i wyborach mówimy? O tym w następnym poście.
Jak wspominałam, Sokrates opracował taką metodę, którą określamy mianem dialektyki. Z naszego punktu widzenia interesująca jest zwłaszcza jej pierwsza, negatywna, krytyczna część, zwana także elenktyką. Polega ona na zbijaniu fałszywych twierdzeń rozmówcy, obalaniu rozmaitych pozornych oczywistości i wykazywaniu mu w ten sposób, iż co się tyczy rzeczywiście ważnych, fundamentalnych kwestii - takich jak prawda, dobro, sprawiedliwość, szczęście czy mądrość - żywi on jedynie złudne mniemania, jakie przejmuje na bezrefleksyjnej zasadzie od innych ludzi i jakie opacznie myli z wiedzą o tych sprawach.
Czy stosując tę metodę jesteśmy w stanie lepiej poznać samych siebie i przybliżyć się do odpowiedzi na pytanie kim jesteśmy? Jak się wydaje, jest to zupełnie sensowne przypuszczenie. Takie czynniki jak tradycja, język, wychowanie czy społeczeństwo są wprawdzie, jak dowodzą antropologowie, niezbędne do tego, abyśmy w ogóle uzyskali koherentną osobowość i tożsamość, jednak ze względu na to, iż mają one zawsze charakter partykularny, a nie powszechny, wzięte zbyt dosłownie mogą usuwać nam z pola widzenia fakt, że w końcu niezależnie od owych kulturowych, społecznych oczekiwań czy pewników jesteśmy przede wszystkim i w pierwszej kolejności po prostu ludźmi, a dopiero po drugie tymi konkretnymi, zawsze bardzo dobrze określonymi osobami, które chcą w nas widzieć rodzice, krewni, nauczyciele w szkole, szef, koledzy w pracy, przywódcy polityczni czy dyrektorzy korporacji opracowujący strategie marketingowe. I, co więcej, mamy nie tylko pewne zobowiązania wynikające z tytułu ról, jakie pełnimy w społeczeństwie, ale także pewne uniwersalne obowiązki wobec innych, świata i siebie wynikające właśnie z tego, że jesteśmy wszyscy rozumnymi, myślącymi, czującymi istotami.
Ta sokratejska metoda krytyczna była oparta w dużej mierze na analizie języka, jakim mówimy i zakładała konieczność precyzyjnego definiowania - jak się pozornie wydaje, zupełnie oczywistych - pojęć i terminów, jakimi posługujemy się w codziennej komunikacji. Czy i w jaki sposób takie uporządkowane, logiczne i analityczne myślenie może przekładać się na lepsze rozumienie siebie, czyli, inaczej mówiąc, jakie znaczenie dla etyki i życia autentycznego, w zgodzie ze sobą ma jasność myśli i język, jakim o owej egzystencji, planach, decyzjach i wyborach mówimy? O tym w następnym poście.
środa, 24 lipca 2013
Daimonion Sokratesa, czyli życie w zgodzie ze sobą
W poprzednich postach była mowa o tym, iż bez dobrej znajomości siebie nie jest możliwe życie w zgodzie ze sobą. Dlaczego jednak Sokrates zakładał, że postępowanie w zgodzie ze swoim własnym sumieniem jest w ogóle czymś ważnym? I czy rzeczywiście - stosując metody zaproponowane przez Sokratesa - jesteśmy w stanie uzyskać taką świadomość tego, kim naprawdę jesteśmy?
Jak się wydaje, odpowiedzi na to pierwsze pytanie nie można udzielić bez znajomości szerszego kontekstu, jakim w tym przypadku jest cały sokratejski światopogląd. Zakładał on bezwzględny prymat prawdy w życiu jednostki, jej nietożsamość z wymaganiami i wyobrażeniami będącymi pochodną określonej tradycji i kultury, w ramach której funkcjonujemy, jak też - last but not least - przekonanie o wyższości czynnika duchowego i umysłowego nad materialnym i bez mała religijne, bliskie także różnym działającym w tym okresie nurtom misteryjnym (należeli do nich między innymi pitagorejczycy) przeświadczenie, że człowiek posiada nieśmiertelną duszę, a celem filozofii jest uzyskanie zbawienia. O tym, iż ten akurat element sokratejskiego nauczania ma wydźwięk religijny może świadczyć także fakt, że, jak wynika chociażby z tekstów platońskich dialogów, źródłem samowiedzy i wskazówek, jak postąpić w różnych trudnych, konfliktowych sytuacjach jest tak zwany daimonion, czyli głos wewnętrzny, przez samego Sokratesa utożsamiany otwarcie po prostu z głosem boga, tego samego, który za pośrednictwem wyroczni w Delfach orzekł, iż jest on najmądrzejszym z ludzi.
Skoro jest to prawda, jaką - niekiedy całkowicie wbrew oczekiwaniom ludzi - wspiera i głosi sam bóg, posiada ona widocznie rzeczywiście ponadprzeciętną ważność. Wbrew pozorom bóg z Delf broni tutaj przekonania, które ma również swoje praktyczne znaczenie, ponieważ zupełny brak autorefleksji i nieznajomość siebie prowadzi do tego, że żyjemy niejako "na pokaz", życiem pożyczonym od otoczenia i polegającym na tym, że robimy to, czego chcą inni, a nie to, czego chcemy my sami. Tylko znając i rozumiejąc siebie możemy podejmować właściwe decyzje i żyć w sposób, który sprawi, że będziemy szczęśliwi i spełnieni, a nasze życie będzie harmonijne i po prostu dobre.
Czy jesteśmy w stanie to uzyskać, stosując metody zaproponowane przez Sokratesa? O tym napiszę w następnych postach.
Jak się wydaje, odpowiedzi na to pierwsze pytanie nie można udzielić bez znajomości szerszego kontekstu, jakim w tym przypadku jest cały sokratejski światopogląd. Zakładał on bezwzględny prymat prawdy w życiu jednostki, jej nietożsamość z wymaganiami i wyobrażeniami będącymi pochodną określonej tradycji i kultury, w ramach której funkcjonujemy, jak też - last but not least - przekonanie o wyższości czynnika duchowego i umysłowego nad materialnym i bez mała religijne, bliskie także różnym działającym w tym okresie nurtom misteryjnym (należeli do nich między innymi pitagorejczycy) przeświadczenie, że człowiek posiada nieśmiertelną duszę, a celem filozofii jest uzyskanie zbawienia. O tym, iż ten akurat element sokratejskiego nauczania ma wydźwięk religijny może świadczyć także fakt, że, jak wynika chociażby z tekstów platońskich dialogów, źródłem samowiedzy i wskazówek, jak postąpić w różnych trudnych, konfliktowych sytuacjach jest tak zwany daimonion, czyli głos wewnętrzny, przez samego Sokratesa utożsamiany otwarcie po prostu z głosem boga, tego samego, który za pośrednictwem wyroczni w Delfach orzekł, iż jest on najmądrzejszym z ludzi.
Skoro jest to prawda, jaką - niekiedy całkowicie wbrew oczekiwaniom ludzi - wspiera i głosi sam bóg, posiada ona widocznie rzeczywiście ponadprzeciętną ważność. Wbrew pozorom bóg z Delf broni tutaj przekonania, które ma również swoje praktyczne znaczenie, ponieważ zupełny brak autorefleksji i nieznajomość siebie prowadzi do tego, że żyjemy niejako "na pokaz", życiem pożyczonym od otoczenia i polegającym na tym, że robimy to, czego chcą inni, a nie to, czego chcemy my sami. Tylko znając i rozumiejąc siebie możemy podejmować właściwe decyzje i żyć w sposób, który sprawi, że będziemy szczęśliwi i spełnieni, a nasze życie będzie harmonijne i po prostu dobre.
Czy jesteśmy w stanie to uzyskać, stosując metody zaproponowane przez Sokratesa? O tym napiszę w następnych postach.
wtorek, 16 lipca 2013
Prawdziwa wiedza to znajomość siebie
Jest jeszcze inny aspekt sokratejskiej wiedzy o niewiedzy. Najogólniej rzecz ujmując chodzi po prostu o to, że jedyna prawdziwa wiedza, do jakiej powinien aspirować człowiek mądry to ta, która dotyczy spraw związanych bezpośrednio z naszym wnętrzem, sumieniem czy duszą, a nie ogół przekonań, opinii czy informacji o tak zwanej rzeczywistości obiektywnej, jakie w społecznym odbiorze uchodzą często za synonim mądrości.
Sokrates twierdził ponadto, że odpowiedzi na wszystkie rzeczywiście ważne pytania są ukryte w nas samych. Oczywiście nie jest to wiedza o charakterze sensu stricto refleksyjnym, lecz w większym stopniu intuicyjnym, co oznacza, że aby ją wydobyć i uświadomić sobie jej treść, musimy podjąć najpierw próbę zajrzenia w nasze własne wnętrze i przebadania go pod kątem tego, co się tam znajduje.
Efekty takiego wglądu mogą być jednak - i jest to bardzo ważny wniosek - zaskakujące zarówno dla nas samych, jak też dla naszego otoczenia. To, kim naprawdę jesteśmy w takim głębokim, właściwym sensie może bowiem niekiedy całkowicie odbiegać od pierwotnych, pozornie oczywistych wyobrażeń o sobie samych, z jakimi rozpoczynamy ów proces, jednak ich odrzucenie stanowi - zdaje się mówić Sokrates - warunek sine qua non rzeczywistego samopoznania.
Także w tym znaczeniu metoda sokratejska jest bardzo bliska temu, co obecnie proponuje trening personalny. W tym przypadku ważne jest to, że proces samopoznania - a może nie tyle sam proces, co jego rezultaty - jest w pewnym sensie nieodwracalny. Ten, kto odkrywa jakiś nowy rodzaj prawdy o sobie, jakiego wcześniej nie był świadomy nie może już potem żyć tak, jakby nigdy jej nie poznał.
Nie jest to wiedza uniwersalna, nie podlega klasyfikacji, nie da się jej skategoryzować czy uporządkować w formie encyklopedii. Jednak bez niej nie da się tak na dobrą sprawę żyć w zgodzie ze sobą oraz swoim sumieniem i rzeczywiście rozumieć siebie.
Sokrates twierdził ponadto, że odpowiedzi na wszystkie rzeczywiście ważne pytania są ukryte w nas samych. Oczywiście nie jest to wiedza o charakterze sensu stricto refleksyjnym, lecz w większym stopniu intuicyjnym, co oznacza, że aby ją wydobyć i uświadomić sobie jej treść, musimy podjąć najpierw próbę zajrzenia w nasze własne wnętrze i przebadania go pod kątem tego, co się tam znajduje.
Efekty takiego wglądu mogą być jednak - i jest to bardzo ważny wniosek - zaskakujące zarówno dla nas samych, jak też dla naszego otoczenia. To, kim naprawdę jesteśmy w takim głębokim, właściwym sensie może bowiem niekiedy całkowicie odbiegać od pierwotnych, pozornie oczywistych wyobrażeń o sobie samych, z jakimi rozpoczynamy ów proces, jednak ich odrzucenie stanowi - zdaje się mówić Sokrates - warunek sine qua non rzeczywistego samopoznania.
Także w tym znaczeniu metoda sokratejska jest bardzo bliska temu, co obecnie proponuje trening personalny. W tym przypadku ważne jest to, że proces samopoznania - a może nie tyle sam proces, co jego rezultaty - jest w pewnym sensie nieodwracalny. Ten, kto odkrywa jakiś nowy rodzaj prawdy o sobie, jakiego wcześniej nie był świadomy nie może już potem żyć tak, jakby nigdy jej nie poznał.
Nie jest to wiedza uniwersalna, nie podlega klasyfikacji, nie da się jej skategoryzować czy uporządkować w formie encyklopedii. Jednak bez niej nie da się tak na dobrą sprawę żyć w zgodzie ze sobą oraz swoim sumieniem i rzeczywiście rozumieć siebie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)