wtorek, 13 maja 2014

C.d. o błędach myślowych - nadinterpretacje i nadużycia interpretacyjne

        W poprzednim poście była mowa o nadużywaniu analogii i myślenia poprzez analogie. Dzisiaj, po dłuższej przerwie chciałabym zaproponować trochę inny temat, który wbrew pozorom jest również powiązany z logiką i naszą zdolnością przyswojenia sobie treści percypowanego przekazu oraz w ogóle różnych rodzajów wypowiedzi. Chodzi mi mianowicie o szeroko rozumiany problem nadinterpretacji i nadużyć interpretacyjnych, jakie - czasami intencjonalnie, a czasami nieświadomie - popełniamy. 
        Na pewno każdy z nas miał do czynienia z sytuacją, kiedy po usłyszeniu albo przeczytaniu na przykład jakiegoś listu albo wiadomości nabiera silnego, graniczącego ze stuprocentową oczywistością przekonania, że dana sprawa przedstawia się tak a tak, lecz potem, po ponownej lekturze, dokładniejszym sprawdzeniu, uważniejszemu przyjrzeniu się uświadamia sobie, że było ono, mówiąc najoględniej, nie do końca uzasadnione, jeśli nie zupełnie bezzasadne (co też się wcale nierzadko zdarza!). Pytani o to, skąd właściwie wzięliśmy informację, że coś tam miało miejsce, dlaczego uważaliśmy, że coś miało albo ma określony charakter czy wydźwięk nie potrafimy odpowiedzieć i wskazać precyzyjnie źródeł naszego poglądu z tego prostego powodu, że wcale nie ma on racjonalnej, obiektywnej przyczyny. To my sami, powodowani własnymi emocjami, lękami, życzeniami czy pragnieniami przeinterpretowujemy sobie jakiś komunikat czy wydarzenie, podświadomie dodając do niego coś, co jest z nimi zgodne, a co mogło wcale nie być w nim zawarte. 
        Takie - z reguły podświadome i nieprzemyślane - zakładanie i przyjmowanie czegoś ponad to, co faktycznie zostało gdzieś powiedziane czy napisane tylko dlatego, że w głębi duszy bardzo chcielibyśmy, by takie właśnie były fakty lub dlatego, że jest to zbieżne z jakimś popularnym założeniem albo wzorcem myślowym czy narracyjnym rozpowszechnionym wśród ludzi, wśród których funkcjonujemy - jest bardzo częste, by nie rzec nagminne. Nie będzie chyba wielkiej przesady, jeśli powiem, że jest to jeden z najczęściej popełnianych błędów w rozumowaniu, którego właśnie dlatego nie należy lekceważyć. 
        Reasumując, zrozumienie jakiegokolwiek tekstu czy komunikatu nie jest możliwe bez interpretacji, lecz każda interpretacja ma swoje granice i nie może zbyt daleko wybiegać poza poza to, co jest jej punktem wyjścia. Jeśli dokonując jej pominiemy wszystko to, co nam z jakichś względów nie pasuje, a z kolei w innych miejscach dodamy to czy owo, będziemy wtedy mieli zawsze tylko to, co sobie już z góry założyliśmy jako odpowiedź, tyle tylko, że rodzi się wtedy obawa, iż wyjściowa rzeczywistość zostanie w ten sposób tak zmieniona, że nie będzie już sobą, ale czymś dogłębnie odmiennym. Inaczej mówiąc, to, co zrobimy będzie nie tyle interpretacją, co manipulacją, która nawet jeśli mamy szczere chęci i najlepiej komuś życzymy nie prowadzi do rzetelnej wiedzy o jakieś sprawie czy problemie, ma więc znikomą wartość zarówno poznawczą, jak też praktyczną. Dlatego właśnie warto uważnie i krytycznie czytać i słuchać tego, co mówią do nas inni - tak, abyśmy słyszeli to, co faktycznie chcą nam przekazać, a nie wyłącznie siebie samych. 

sobota, 18 stycznia 2014

C.d. - błędy myślowe - analogie, czyli fałszywi przyjaciele myślących logicznie

      W kilku poprzednich wpisach zajmowałam się zagadnieniem tak zwanego błędu naturalistycznego, czyli, mówiąc w pewnym uproszczeniu, rozumowania polegającego na tym, że - świadomie lub podświadomie - mieszamy to, co faktycznie ma miejsce z tym, co w danej sytuacji byłoby słuszne, właściwe, zgodne z moralną czy etyczną normą, czego efektem jest dobrowolne zawężenie i zamknięcie własnego horyzontu myślowego i tkwienie w - jakże często najzupełniej fałszywym - przekonaniu, że świat, który znamy i który sobie jakoś uporządkowaliśmy czy określiliśmy jest jedyną w ogóle dostępną rzeczywistością, dla której po prostu nie ma alternatywy. Błąd ten, podobnie jak pozostałe wcześniej opisane wynika najczęściej z lenistwa myślowego - większości z nas nie chce się bowiem zastanawiać nad prawdziwym charakterem czy przyczynami tego, co nas otacza. Zdecydowanie wygodniej jest wierzyć, że świat po prostu widocznie musi być taki jaki jest, już chociażby z tego powodu, iż konkluzja przeciwna wymuszałaby na nas konieczność podjęcia jakichś działań mających na celu odrzucenie owego niesprawiedliwego czy w jakikolwiek inny sposób niepożądanego status quo, a to pociągałoby za sobą zbyt daleko idący wysiłek, niepewność i budzące obawy zmiany, na jakie - przyzwyczajeni do tego, co już znamy - zwyczajnie nie chcemy się zgodzić. 
      Dzisiaj chciałabym zająć się innym, niemniej popularnym błędem, który za Heglem pozwolę sobie określić jako "nadużywanie analogii i myślenia poprzez analogie". To bardzo często spotykany, a jednocześnie z logicznego punktu widzenia wyjątkowo perfidny i podstępny przeciwnik, tym bardziej niebezpieczny, że może się z pozoru wydawać zupełnie niewinny, a nawet bardzo pomocny w eksplikacji tego, co chcemy przekazać adresatowi naszej wypowiedzi, a co inaczej byłoby nam na przykład bardzo trudno w zrozumiały sposób wyrazić. 
      Zresztą o tyle, o ile analogię stosujemy w rozsądnych granicach, jako zwykłe porównanie - to znaczy mamy świadomość tego, że dwa zjawiska, które porównujemy mimo wszelkich podobieństw, jakie możemy między nimi wskazać pozostają dwoma różnymi, odrębnymi bytami - chwyt ten faktycznie bywa bardzo przydatny w eksplikacji własnego stanowiska i całkowicie logicznie nieszkodliwy. Problem zaczyna się wtedy, kiedy - jak to szalenie często ma miejsce w tak zwanej debacie publicznej - zaczynamy ją traktować nie jako rodzaj przenośni, ale jako dosłowne określenie czy opis tej drugiej, porównywanej sprawy, zdarzenia czy osoby. Takie rozumowanie nie tylko w ogóle nie przybliża nas do wyjaśnienia rzeczywistości, w jakiej żyjemy, ale jako zwykłe nadużycie oraz czysta, pozbawiona treści i odniesienia do realiów retoryka prowadzi do najdalej idących uproszczeń, nadinterpretacji i wypaczenia prawdy o faktach, o jakich mówimy. 
      Jakkolwiek bowiem rozmaite byty, zjawiska czy osoby mogą mieć - i faktycznie bardzo często mają - wiele cech wspólnych, decydujących o tym, iż są do siebie podobne, mogą również mieć - o czym zdeklarowani apologeci analogii nie zawsze chcą pamiętać - co najmniej równie wiele cech, jakie mogą je odróżniać od siebie i jakie decydują o tym, że są to właśnie dwa odrębne byty, a nie jedna i ta sama rzecz. To ten swoisty indywidualizm stanowi o tym, że świat jest zróżnicowany i poznawczo interesujący, a nie nudny, monotonny i do bólu przewidywalny. Dokonując porównań i doszukując się wyłącznie tego, co łączy ze sobą jakieś zdarzenia, ludzi czy sytuacje warto pamiętać o tym drugim, różnicującym je aspekcie, tak aby ostatecznie nie okazało się, że suma różnic zdecydowanie przekracza sumę podobieństw i że porównujemy ze sobą sprawy, które mają się do siebie prawie tak, jak przysłowiowy piernik do wiatraka. 

sobota, 14 grudnia 2013

Ciąg dalszy o tym, czy można wywieść "powinien" z "jest", czyli dlaczego logika nie jest teodyceą i nie polega na absolutyzacji status quo?

      W poprzednim wpisie wspominałam o popularnym, nawiązującym zwłaszcza do filozofii utylitarystycznej błędzie polegającym na tym, iż argumenty na rzecz tego, że coś powinno być takie a nie inne lub że w określonej sytuacji należy postąpić w jakiś sposób czerpiemy z tak zwanego status quo, automatycznie zakładając, iż skoro coś jest jakieś, wynika z tego, że takie właśnie musi być. Elementy takiego myślenia można znaleźć na przykład w nie zawsze uświadamianym, lecz niezwykle rozpowszechnionym, stereotypowym przekonaniu, że ludzie, którym się wiedzie i którzy mają w życiu tzw. szczęście muszą być w jakiś sposób lepsi od tych, którym się, jak to się mówi, nie udało. Jak łatwo wykazać, jest to wniosek logicznie rzecz biorąc jedynie połowicznie słuszny, ponieważ jakkolwiek czasami faktycznie bywa tak, że czyjś sukces lub powodzenie stanowi konsekwencję jego czy jej wysiłków i pracy, co najmniej równie często spotykamy się z sytuacjami dokładnie odwrotnymi, w których włożony wysiłek i najszczersze chęci z uwagi na rozmaite bliżej nieokreślone czynniki losowe, pogodowe czy w jakikolwiek inny sposób niezależne od woli jednostki prowadzą do dokładnie odwrotnego skutku i jest tak pomimo tego, iż stopień zaangażowania w jednym i w drugim przypadku był taki sam lub - co, choć to paskudna niesprawiedliwość, też się niestety zdarza - w tym drugim przypadku był nawet większy. 
      Człowiek wierzący jest w tym momencie w nieco lepszej sytuacji niż agnostyk lub ateista, ponieważ pozostaje mu zawsze jeszcze wiara w to, że takie nieuregulowane tutaj rachunki zostaną kiedyś wyrównane w innym, lepszym świecie, gdzie zapanuje idealna sprawiedliwość i gdzie konsekwencje naszych czynów oraz wyborów nabiorą naprawdę logicznego charakteru, bo karani będą wyłącznie źli, a nagradzani także wyłącznie ci, którzy na to zasługują. Nie zmienia to jednak faktu, iż rzeczywistość doczesna, empiryczna, czyli ta, co do istnienia której nie ma kontrowersji pomiędzy wyznawcami różnych religii, agnostykami oraz ateistami w niewielkim zaledwie stopniu lub zgoła wcale nie przypomina idealnie sprawiedliwego państwa Platona i że w związku z tym żyjąc w niej musimy oswoić się z mniejszymi czy większymi nielogicznościami i nieraz zupełnym brakiem związku między naszymi dążeniami, czynami i wolą a tym, co z tego ostatecznie wynika. 
      Z tym samym utylitarystycznym poglądem, tylko w nieco zmienionej postaci mamy do czynienia tam, gdzie ktoś patrząc na jakiś faktyczny stan rzeczy - na przykład taki, że w danym społeczeństwie jednostki nie mają równych praw i że, jak miało to miejsce w starożytnej Grecji, istnieją ludzie wolni oraz niewolnicy - stwierdza, że skoro tak jest, widocznie taka jest natura rzeczy i na podstawie empirycznego status quo wnosi o istnieniu metafizycznej, moralnej, normatywnej zasady, jaka je sankcjonuje i legitymizuje. Co ciekawe, ten sposób myślenia nie był wcale obcy nawet najwybitniejszym skądinąd filozofom - na przykład Arystoteles tak właśnie odnosił się do kwestii niewolnictwa, będąc głęboko i autentycznie przekonanym, iż niewolnicy nie są ludźmi, tylko mówiącymi narzędziami. Oczywiście wniosek taki nie ma nic wspólnego z logiką, ponieważ z czysto logicznego punktu widzenia jakiś empiryczny stan faktyczny potwierdza co najwyżej sam siebie oraz, ewentualnie, dogmatyczne założenia tego, kto przyczynił się do jego powstania i tak na dobrą sprawę nic poza tym. Nie mamy bowiem żadnego dobrego powodu, aby uważać, że skoro czegoś nie ma hic et nunc lub też tu i teraz coś jest jakieś tam, także gdzie indziej i na przykład w przyszłości rzeczy tej nie będzie lub będzie ona taka jak to, co dobrze znamy albo też że w innych okolicznościach, przy bardziej sprzyjających wiatrach i w rzeczywistości rządzonej przez ludzi o bardziej otwartych umysłach i rozleglejszych horyzontach intelektualnych nie mogłaby ona być inna. 
      Reasumując, skoro świat takim jakim jest ma mnóstwo mankamentów i nie wydaje nam się - często najzupełniej słusznie - szczególnie sprawiedliwy, logicznie rzecz biorąc nie jest uzasadnione szukanie dla owej niesprawiedliwości jakiegoś dogmatycznego uzasadnienia czy zgoła rozgrzeszenia. Tak postępując zamykamy sobie bowiem na własne życzenie drogę do tego, aby był on inny, lepszy i bardziej zbieżny z tym, czego być może oczekiwalibyśmy. Myślenie takie to szczerze mówiąc doskonały sposób na to, aby trwale zablokować naszą zdolność i motywację do działania, tworzenia, zmieniania rzeczywistości, a nawet - czego dowodzi przykład z Arystotelesem - odróżniania dobra od zła. Słowem, jest ono w najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa pułapką, a skoro tak, jako myślące istoty, które widzą jego konsekwencje i którym nie jest obojętne, w jakim świecie żyją powinniśmy zrobić wszystko co w naszej mocy, aby nie dać się w nią złapać.